Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żeglowanie z dziećmi. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą żeglowanie z dziećmi. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 13 października 2015

Żeglarskie wspomnienia znad Soliny

Jak zwykle trochę się bałam. Zawsze tak mam kiedy staję na żaglówce. Obok olbrzymiej frajdy i radochy jest we mnie obawa o życie załogi, na którą składają się... moje dzieci. Stoję [siedzę] za sterem i to w moich rękach leży współpraca z wiatrem i wodą. Na szczęście tym razem na żaglówce oprócz mnie i męża był jeszcze jeden doświadczony żeglarz (właściciel żaglówki) i dzięki temu płynęło mi się o wiele pewniej. Człowiek zna akwen, zna wiatry, w razie czego posłuży poradą albo... przejmie ster. Choć na to nie było szans, zbyt dobrze mi było w roli kapitana. A w drugi dzień za sterem stanął Bartek. 

Cieszę się, że udało się nam znowu pożeglować całą rodziną na koniec wakacji. Już mało brakowało a zostalibyśmy właścicielami łajby, na której żeglowaliśmy ale na szczęście w porę się opamiętaliśmy - nie trzeba kupować browaru, żeby się napić piwa. A uwiązanie do jednego miejsca [akwenu] w Polsce na całe wakacje to też raczej nie nasza bajka.

Dzieciaki są już wprawione w życiu na łajbie i chyba gotowe na kilkudniowe żeglowanie z mieszkaniem na łodzi. Spróbujemy w kolejne wakacje jeśli czasu wystarczy. Solina ze swoimi odnogami nadaje się do tego wspaniale. Cudne miejsce i wspaniali ludzie, jakich mielismy okazje poznac przy "zalatwianiu" zaglowki, ktorej.... nie bylo. Będziemy tam wracać.
























wtorek, 2 września 2014

Żagle z dziećmi


Pierwsze koty za płoty. Ostatni tydzień wakacji spędzony w okolicach Augustowa na pograniczu Podlasia i Mazur zaliczamy do wyjątkowo udanych. Mimo przelotnych opadów deszczu udało się nam dwa razy wypłynąć na żaglach, zwiedzić kilka parków narodowych (o tym będzie osobno, bo warto do nich zajrzeć), przejechać Mazury wzdłuż i wszerz, pomachać wiosłami w kajakach oraz odpocząć przy ognisku w towarzystwie... dziesięciu kotów z sąsiedztwa [w tym sześciu kociąt słodziaków - dzieci przeszczęśliwe].

A co najważniejsze, dzieciaki zapytane po powrocie do domu, czy mają jeszcze ochotę na żeglowanie, odpowiadają zgodnie: taaak! Czyli udało się ich nie zrazić do żagli i nie zanudzić pływaniem. A łatwo nie było.






W pierwszym dniu rodzinnego żeglowania, przy wyjściu z portu na żaglach (opcji wyczarterowania jachtu z silnikiem na Jeziorze Rajgrodzkim nie było) w wąskim przesmyku na szerokość dwóch i pół łódek, na odcinku osłoniętym drzewami i budynkami, zakręciło mi łódką tak, że wylądowałam najpierw na mieliźnie, potem się okręciłam i żaglówka stanęła na dobre w szuwarach. Niezły bigos na sam początek!

Wyciągał nas bosman pontonem na silniku i odholował z sitowia na jezioro. Pohalsowaliśmy już potem sprawnie ale niesmak pozostał. Cały czas myślałam tylko o tym, jak ja wejdę to tego ciasnego portu, skoro tak tam kręci. Trzy godziny minęły szybko, jedzenie się skończyło, zabawek w pierwszym dniu jeszcze żadnych nie zabrałam, postanowiliśmy wracać. Wysłałam męża pod pokład po pagaja i stwierdzam uroczyście oraz skromnie, że tylko dzięki asyście owych (pagaja i męża) daliśmy radę wpłynąć bez przeszkód do portu i zacumować przy kei już za drugim podejściem.

Dwa dni później wróciłam jednak (upewniwszy się u bosmana, że po wtorkowych przygodach jacht nadal chętnie nam wyczarteruje), by poćwiczyć znowu wychodzenie na żaglach. Tego dnia poszło mi znakomicie. Wypłynęłam na sześciu zwrotach, wpłynęłam na czterech, a pomiędzy tym były cztery godziny na jeziorze ze słabym wiaterkiem, idealnym do pstrykania zdjęć (hi hi), masą jedzenia dla załogi (woda wyciąga!) i zabawkami dla zabicia czasu, gdy wałówka się skończyła.

Udało się wrócić na czas, tuż przed głupawką, jaka ogarnęła młodzież najmłodszą przed wejściem do portu, także tym razem miałam ochotę użyć pagaja w zupełnie innym celu niż przewidziano, ale przecież dzieci bić wiosłami nie wolno ;)

Zachciało się nam po tych wakacjach żeglować więcej. Było lepiej, niż się spodziewaliśmy. Dzieci siedziały, kiedy miały siedzieć, słuchały, chichotały przy przechyłach, ciągnęły "sznurki" - nie zawsze te, co trzeba, jak widać na pierwszym zdjęciu - i ogólnie okazało się, że z czwórką dzieci w kokpicie nie jest źle, da się żeglować i nawet zdjęcia cykać. Kuba sprawdził się w trzymaniu steru na kursie, dobrze czuł wiatr i luzował grota, gdy było trzeba, jest materiał na żeglarza jak nic.

Może i na wrześniowych wakacjach w Chorwacji wypożyczymy coś i uda się pożeglować? A do Rajgrodzkiego domku* jeszcze wrócimy, sprawdzić jak się kocięta chowają. 


* Uwaga, to nie jest reklama. Tam naprawdę jest fajnie ;)





















czwartek, 21 sierpnia 2014

Półkolonia żeglarska w Krakowie


Po powrocie z miesięcznych wakacji nad Bałtykiem, domu na podkrakowskim wzgórzu prawie nie poznałam. Ogród zlewany systematycznie w czasie Małopolskich nawałnic wystrzelił w górę i na boki, złapałam więc za sekator i tnę do dziś.

Roboty jest sporo; cięcie to najważniejsze zadanie w małym ogrodzie. Przynajmniej dla mnie :) Przycinam, formuję bez litości, wszystko ma być docięte, ujarzmione i niewybujałe. Przy okazji znalazłam nowe miejsca na obsadzenia, dokupiłam kilkanaście bukszpanowych kulek, trochę żurawek caramel, nową sosnę limbę, trochę kamyczków, surfinii na posezonowej wyprzedaży za kilka złotych, obsadzam, przesadzam... normalka.

W domu rzucam się chaotycznie od pokoju do pokoju, tak już mam, że po powrocie z podróży mam głowę pełną pomysłów, nieprzepartą ochotę na zmiany, oczyszczenie atmosfery i prześwietlenie najgłębiej schowanych pokątnie skarbów. Wyrzucam, sortuję, zamieniam, przestawiam. Oczyszczam dom z rupieci. A w głowie już sto pomysłów na nowości.

Podróże dobrze mi robią na pracę nad sobą i otoczeniem :) 

Dzieciaki przepadły po powrocie w swoich królestwach, niewidziane dawno zabawki zyskały na atrakcyjności, jest spokojniej i ciszej niż na wakacjach, bo towarzystwo rozeszło się po piętrach i mniej ich słychać. No, z wyjątkiem czasu ogrodowo-trampolinowego, bo wtedy drą się jak stado małp wypuszczonych z klatki...

Ale do rzeczy. Nie planowałam dzieci zapisywać na żadne półkolonie w Krakowie, bo uważam, że mają całkiem niezłe wakacje na licznych wyjazdach a przez te trzy tygodnie w domu będą mogli nieco... odpocząć, a czas wolny zorganizować sobie za pomocą rodzeństwa, kolegów, koleżanek i - dla starszaka szczególnie - sprzętów typu Xbox (Minecraft), tablet (Minecraft) i komupetr (Minecraft). Przez pięć nadmorskich tygodni miał Kubuś post Minecraft'owy, więc sobie chłopak teraz odbije, myślałam :)

Ale okazało się inaczej. W Hornie, klubie żeglarskim na krakowskich Bagrach, znalazło się wolne miejsce w turnusie półkolonii żeglarskich, na które zapisany był przyjaciel Kuby. Poszli więc razem, Kuba i Krzyś, woziliśmy ich na zmianę przez tydzień na 8 rano, odbieraliśmy o 17 i okazało się, że mój Kuba załapał bakcyla, bo najbardziej podobało Mu się w przedostatni dzień, kiedy wiała dobra czwórka ostrząc do piątki. A na małym optimiście cztery w skali Beauforta to już jest przeprawa. Szczgólnie dla żółtodzioba.

Zdjęcia są z ostatniego dnia półkolonii, w którym oprócz regat końcowych młodzież przeszła także chrzest żeglarski. Na ten chrzest dojechaliśmy wszyscy w piątkowe, świąteczne popołudnie i choć nie udało się nam pożeglować rodzinnie to zdjęć trochę mamy.

A co do żeglowania to nic straconego, bo jutro wyjeżdżamy na Mazury. Całkiem nowy rozdział z naszym życiu: żagle z dziećmi. Ahoj, przygodo!

Do zobaczenia.





(fot. Klub Żeglarski Horn Kraków)





(fot. Klub Żeglarski Horn Kraków)







Więcej informacji o Hornie tutaj.
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...