O Ciechocinku sporo mówiło się w domu rodzinnym mojego męża. Od wielu lat Ciechocinek stanowi sanatoryjną destynację obydwojga Jego rodziców. To w Ciechocinku oraz w pobliskim Toruniu mama męża zaopatruje się w co lepsze perełki, jakich na próżno szukać w Krynicy, Tarnowie, a nawet w Krakowie. W Toruniu na rynku kupowała kiedyś naturalne tkaniny, z których szyła później przepiękne suknie, bluzki oraz garsonki i wysyłała nam to wszystko do Stanów. Przez wiele lat. W Ciechocinku zaopatrywała się w antyki, w starą porcelanę, w dobrej jakości akcesoria i obuwie. Toruń, od kiedy poznałam rodzinę męża, kojarzył mi się nie z piernikiem a z wyszukanymi przedmiotami wysokiej klasy.
W tym roku na zaproszenie teściów przyjechaliśmy do Ciechocinka i my. Zatrzymaliśmy się w Villa Park, spacerowaliśmy pod tężniami, smakowaliśmy dobrej kawy i jeszcze lepszych wypieków w uroczej i klimatycznej Cukierni Wiedeńskiej. Niespieszne obiady spożywaliśmy w hotelowej restauracji a do kotleta przygrywał nam na starym pianinie.... nasz własny syn. Co prawda tylko dwie wyuczone na pamięć melodie ale i tak z dumą spoglądaliśmy na siebie nie wierząc, że nasze najstarsze dziecko pozbawione kompletnie słuchu muzycznego może tak dobrze grać ;)
Za dnia przemierzałam z Babcią Ciechocinek wzdłuż i wszerz. Zajrzałyśmy do każdego sklepu, do jakiego warto było zajrzeć, zwiedziłam w ekspresowym tempie Toruń i wyjechałam z ciężkim sercem oraz jeszcze cięższym bagażnikiem upominków po czterech dniach wrześniowych wakacji.
I już myślę o przyszłorocznym pobycie. Ciechocinek nam też przypadł do gustu.
A całodzienne interakcje dzieci z Dziadkami dobitnie uzmysłowiły nam jak bardzo słuszna była decyzja o przeprowadzce do kraju rodzinnego. Ukochany Dziadziuś pewnie nie zostałby Ukochanym Dziadziusiem na odległość dziesięciu tysięcy kilometrów przez Skypa i telefon...





























.jpg)















