- I co napiszesz o Kątach na blogu? - zapytał pod koniec pobytu Współurlopowicz Główny.
- Jak to, co napiszę? Prawdę! - wykrzyknęłam wzburzona. Przecież ja tylko prawdę opisuję na blogu; kto by śmiał pomyśleć inaczej ;)
Ale wiadomo: jest prawda czasu i jest prawda ekranu. Prawda jest więc taka, że Kąty to dziura zabita dechami. I to mi bardzo odpowiada! Ale lunapark trochę tu jest. I tandety trochę też. I z plastikową estetyką otoczenia jest... inaczej. Ale prawda ekranu na moich zdjęciach tego nie pokaże. Bo można być w Kątach ale do Kątów nie zaglądać. Skręcić rowerem w lewo za Wenecją (ten ośrodek to perełka Kątów), dalej przez las nad morze i tam już jakby mniej. Jest dobrze.
Ludzi na plaży więcej niż np. w Czołpinie, mniej niż w Mielnie. Dużo mniej. Do plastikowej Krynicy Morskiej w ogóle radzę nie zaglądać, już lepiej w Kątach pozostać i meleksem do plaży na rybkę lub warkoczyki, jeśli rowerów brak.
Ale tak na serio Kąty Rybackie polubiliśmy na tyle, żeby planować tam wrócić. Są ładne plaże, są lasy, mało rowerów na trasach ale to chyba jeszcze się zmieni. Kąty to z kilkoma nowoczesnymi wyjątkami mała wieś rybacka i nadal warto tam pojechać. Ze swoim sprzętem bo wypożyczalni rowerów zero (w Krynicy jest chyba jedna).
A z Mierzei Wiślanej rzut beretem do Słowińskiego Parku Narodowego. Tam pojechaliśmy po Kątach i tam nadal serce grało - wrzucę coś tutaj na bloga za kilka dni. Samą prawdę i tylko prawdę, oczywiście ;)


































