Niefajnie, jak dla mnie, nie mieć pstrykacza. Mam nawyk noszenia
aparatu ze sobą [prawie] zawsze. Okazji do uchwycenia momentu w obrazek
znajduję bez liku a tu pstrykacz rozłożył się kompletnie. Miał prawo,
staruszek – osiem lat w świecie technologii klasyfikuje już tylko do
ostatniej prostej ku podświetlonej gablotce za szybką.
Żeby to było takie proste kupić nowego pstrykacza i dobre szkło. Byle
czego nie chcę, wiem, jaka to różnica w efekcie końcowym, na którym
najbardziej mi zależy. Na jakość w tej chwili drobnych nie wystarcza,
trzeba poczekać aż świnka przytyje. A raczej – aż nieźle się roztyje
jak, nie przymierzając, kobieta w ostatnim stadium ciąży trojaczej ;)
Więc czekam.
I marzę ;)
Tymczasem dzieci nam rosną w siłę i rozum. Zmieniają się w młode,
urocze – moim zdaniem – dziewczyny oraz przystojnych – jest po kim –
chłopaków. Ciągną wzwyż, wysocy będą, buzie i kończyny się zmieniają,
paluszki już nie takie pucołowate, rączki i stopy coraz większe,
trzylatek w końcu to już kawał dziecka jest. Najstarszy ma się dobrze, tańczyć i śpiewać lubi,
do przedszkola w końcu polubił chodzenie, trochę szkoda, że tak późno
bo za pół roku szkoła. Wymiata w konstrukcjach LEGO, ma pomysły na
przekładnie, jakieś koła zębate, coś się podnosi, coś opada, wymyśla,
instrukcji się nie trzyma a ja ciągle Go pytam, czy aby na pewno pamięta
ile ma lat. Jest powolny ale dokładny. Już widzę, ile czasu spędzimy
nad idealnie narysowanymi szlaczkami w zadaniu domowym w pierwszej
klasie. Bo że będą musiały być dokładnie narysowane to pewne ;)
Sielanka, zwana też siedzeniem w domu, trwa. Moje podejście do
wychowania dzieci generalnie w Polsce trąci myszką. Mam wrażenie, że
wiele jeszcze upłynie wody w lokalnej Dłubni zanim się mądre głowy
zreflektują, że nie tędy droga. Bo u nas to się dopiero zaczęło i nadal
wierzymy (bo jak tu nie wierzyć!), że tak trzeba, nie ma wyjścia, musimy
dzieciaka wyposażyć we wszelkie umiejętności, inaczej nie poradzi sobie
w wyścigu szczurów. I będzie gorszyyyyyy.
Na pocieszenie swoje i nielicznych dodam, że w Stanach, gdzie
wszystkie moje dzieci się urodziły i początkowo szczęśliwie edukowały,
etap zarzucania malucha obowiązkami przechodzi do lamusa. Zataczamy
koło. Wracamy do tego, co było. A że garściami czerpiemy z Ameryki, w
końcu slow parenting przyjdzie więc i do nas. Zakład?
Pokolenie wierzących w to, że można osiągnąć więcej, jeśli zacznie
się wcześniej i będzie nad dzieckiem odpowiednio pracować, wychowało
wielu dzisiejszych amerykańskich CEO. Zdecydowanie więcej wyszło im
jednak osobników z zaburzeniami emocjonalnymi, nadwagą, nerwicą,
wpisanymi w kalendarz regularnymi wizytami u terapeuty i… bardzo
przeciętną pracą. Coraz więcej matek oddaje dzieciom dzieciństwo. Ma być
czas na zabawę, na nudę, leżenie na dywanie, przytulanki, domową rutynę
z plasteliną i kredką, drzemkę i odpoczynek, bez pośpiechu, bez masy
zajęć dodatkowych, wystarczy dobra szkoła i soccer albo balet.
Bez porównywania się nawzajem, bez wiecznego oglądania się za siebie i na dzieci sąsiadów bo one to już…
Doświadczyłam, jak bardzo matka Amerykanka czuje się pewna siebie,
swoich wyborów i sposobu, w jaki opiekuje się dzieckiem. Doświadczyłam
też, jak bardzo matka Polka stoi pod pręgieżem społecznych ocen, łatwo
ulega wpływom, jest bombardowana dobrymi radami i polecanymi przez
‘specjalistów’ (od marketingu raczej) sposobami na wszystko co dziecka
dotyczy – od wyboru smoczka, przez szczepienia, syropki, językowe
przedszkole, na wyborze odpowiednich studiów skończywszy. Daliśmy się
zwariować, skala rynku „dzieciowego” w Polsce poraża – poradniki,
poratele internetowe, gazetki dla dzieci, o dzieciach, dla mam, o
mamach, dla rodziców, o rodzicach i już same nie wiemy, co by jeszcze…
Przypomina to raczej ciężką harówę, żeby ze wszystkim zdążyć i niczego nie zaniedbać.
Inaczej, gorzej czuję się mamą w Polsce; nadal nie przyzwyczaiłam się
do tego, że ktoś inny niż dzieci mnie z tej roli ocenia oraz…. że muszę
się w tej dziedzinie doktoryzować ;)
Styl rodzicielstwa slow parenting jest mi bliski. Staram się, aby w
naszym domu dzieci nie żyły w pośpiechu i poczuciu, że ciągle coś,
gdzieś muszą, dokądś się spieszą, coś je ominęło i są od kogoś gorsze.
Jeszcze mają na to czas. Nie chcę się poddać nurtowi wpływów, że w
poniedziałek psycholog, we wtorek logopeda, potem poradnia, lekarz od
tego, lekarz od tamtego, warsztaty, angielski, basen, joga, karate,
pianino, po drodze ADHD, znowu psycholog i koło się zamyka. Mama i tata –
trenerzy małego skauta zdobywającego kolejne sprawności – sami
zestresowani, zapracowani, ale przecież nie robią tego dla siebie, robią
to dla dziecka. Tylko, czy aby na pewno dla niego??
I z tą refleksją zostawiam już państwa, zabieram się za konkretne
dokładanie do świnki skarbonki a więc za pracę zawodową – już grubo po
22-giej przecież ;)