Pokazywanie postów oznaczonych etykietą friends. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą friends. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 28 czerwca 2015
Zapuszkować czas
Jeśli można zapuszkować czas, to właśnie w taki sposób. Nie wiem dla kogo bardziej łapałam w kadrze te scenki: dla nich, czy dla siebie? Ale cieszę się, że są, że zdążyłam z pomysłem i wykonaniem na koniec przedszkolnego etapu. Dla nich to całe ich życie teraz i wczoraj. Dla mnie to całe życie teraz i wczoraj.
Kawałki tych beztroskich, przedszkolnych dni zapuszkowałam w filmie. Za dwa dni trojaki skończą przedszkole. Najpierw długo było domowe, a przez ostatnie dwa lata to prawdziwe, ukochane. Skończymy ten etap raz na zawsze.
I tak bardzo mi szkoda...
Znajome zakręty zastąpimy innymi. Buzie wydorośleją. Rutyna dnia też będzie inna. Niedługo spojrzymy na klatki filmu z zaskoczeniem, odkryjemy jak bardzo zmienili się przez rok, dwa albo dziesięć. Samo życie. Normalny bieg rzeczy.
A jednak warto, warto łapać czas w kadrze, na papierze, na płótnie, w szufladzie. Warto chować głęboko. Tygodnie uciekają jak zwariowane a dzieci zmieniają się z soboty na niedzielę... Nie pojmuję, jak niedawno byli jeszcze tacy mali i tacy... trudni.
czwartek, 21 sierpnia 2014
Półkolonia żeglarska w Krakowie
Po powrocie z miesięcznych wakacji nad Bałtykiem, domu na podkrakowskim wzgórzu prawie nie poznałam. Ogród zlewany systematycznie w czasie Małopolskich nawałnic wystrzelił w górę i na boki, złapałam więc za sekator i tnę do dziś.
Roboty jest sporo; cięcie to najważniejsze zadanie w małym ogrodzie. Przynajmniej dla mnie :) Przycinam, formuję bez litości, wszystko ma być docięte, ujarzmione i niewybujałe. Przy okazji znalazłam nowe miejsca na obsadzenia, dokupiłam kilkanaście bukszpanowych kulek, trochę żurawek caramel, nową sosnę limbę, trochę kamyczków, surfinii na posezonowej wyprzedaży za kilka złotych, obsadzam, przesadzam... normalka.
W domu rzucam się chaotycznie od pokoju do pokoju, tak już mam, że po powrocie z podróży mam głowę pełną pomysłów, nieprzepartą ochotę na zmiany, oczyszczenie atmosfery i prześwietlenie najgłębiej schowanych pokątnie skarbów. Wyrzucam, sortuję, zamieniam, przestawiam. Oczyszczam dom z rupieci. A w głowie już sto pomysłów na nowości.
Podróże dobrze mi robią na pracę nad sobą i otoczeniem :)
Dzieciaki przepadły po powrocie w swoich królestwach, niewidziane dawno zabawki zyskały na atrakcyjności, jest spokojniej i ciszej niż na wakacjach, bo towarzystwo rozeszło się po piętrach i mniej ich słychać. No, z wyjątkiem czasu ogrodowo-trampolinowego, bo wtedy drą się jak stado małp wypuszczonych z klatki...
Ale do rzeczy. Nie planowałam dzieci zapisywać na żadne półkolonie w Krakowie, bo uważam, że mają całkiem niezłe wakacje na licznych wyjazdach a przez te trzy tygodnie w domu będą mogli nieco... odpocząć, a czas wolny zorganizować sobie za pomocą rodzeństwa, kolegów, koleżanek i - dla starszaka szczególnie - sprzętów typu Xbox (Minecraft), tablet (Minecraft) i komupetr (Minecraft). Przez pięć nadmorskich tygodni miał Kubuś post Minecraft'owy, więc sobie chłopak teraz odbije, myślałam :)
Ale okazało się inaczej. W Hornie, klubie żeglarskim na krakowskich Bagrach, znalazło się wolne miejsce w turnusie półkolonii żeglarskich, na które zapisany był przyjaciel Kuby. Poszli więc razem, Kuba i Krzyś, woziliśmy ich na zmianę przez tydzień na 8 rano, odbieraliśmy o 17 i okazało się, że mój Kuba załapał bakcyla, bo najbardziej podobało Mu się w przedostatni dzień, kiedy wiała dobra czwórka ostrząc do piątki. A na małym optimiście cztery w skali Beauforta to już jest przeprawa. Szczgólnie dla żółtodzioba.
Zdjęcia są z ostatniego dnia półkolonii, w którym oprócz regat końcowych młodzież przeszła także chrzest żeglarski. Na ten chrzest dojechaliśmy wszyscy w piątkowe, świąteczne popołudnie i choć nie udało się nam pożeglować rodzinnie to zdjęć trochę mamy.
A co do żeglowania to nic straconego, bo jutro wyjeżdżamy na Mazury. Całkiem nowy rozdział z naszym życiu: żagle z dziećmi. Ahoj, przygodo!
Do zobaczenia.

(fot. Klub Żeglarski Horn Kraków)Więcej informacji o Hornie tutaj.
środa, 12 lutego 2014
My life, my schedule.
Natknęłam się na stary folder pt. 'Przyjęcia' na archiwalnym dysku. Ten grafik poniżej jest sprzed Thanksgiving 2009 roku, czyli wtedy, kiedy trojaczki nie mały nawet roku, Kuba miał niecałe cztery, ja nadal pracowałam zawodowo na pełen etat, a do tego byliśmy w trakcie sprzedaży domu w USA [klik na starego bloga] i przewalaly sie przez niego tłumy zwiedzających.
Patrzę na tę tabelkę i nie wierzę. Że dałam radę, że mi się chciało i że potrafiłam tak dokładnie wszystko zaplanować i zorganizować. Że od 17-stej to już szaleństwa, o 12:30 spanie a o 15:45 przebieranie pieluch :)
Gdzieś mi to uciekło. Ostatnio nic mi sie nie chce. A już najmniej przyjmować gości. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo kiedyś mój dom, czy to w USA czy w PL, słynął z fajnych przyjęć. Starość??
wtorek, 28 stycznia 2014
Brzydkie Kaczątko
W pierwszej klasie wystawiana była Królowa Śniegu i Calineczka, teraz klasa Kuby wystawiła Brzydkie Kaczątko. Co przedstawienie to lepiej, dzieciaki niesamowicie są zgrane ze sobą i tworzą niezły zespół. Nie tylko aktorski :) Spadła nam ta szkoła [i pierwsza, pionierska sześcioosobowa klasa] chyba z nieba...
wtorek, 5 listopada 2013
P jak przedszkole
Gdyby za dzień albo na wiosnę coś miało się zmienić, zapiszę sobie tu, w pamiętniczku, że dziś i wczoraj i miesiąc wcześniej było i jest dobrze. A nawet bardzo dobrze jest.
Czy dzieci polubiły przedszkole? Dzieci pokochały przedszkole!
Pokochały wychowawców, polubiły obiady, Izę, Adę, Antka, francuskie warkocze zaplatane równiutko przez panią Karolinkę, polubiły zajęcia z tańca, i plastykę, angielski, i te codziennie godziny z kartami pracy chyba najbardziej, bo karty pracy to jest coś, w domu wcześniej były tylko kartki ;)
Pokochały się dziewczyny dosłownie w bliźniakach ze swojej grupy. Jedna wzdycha do Francesco, druga do Giacomo [przy czym rozróżnienie tych identycznych, przesłodkich chłopaków następuje po kolorze... kapci, jak rozumiem]. Gucio znalazł przyjaciela w imienniku brata - Kubie - miłośniku gonitw policyjnych i Gormitów. Dobrali się i ścigają przestępców całymi dniami w cywilu ;)
Trojaczki mają swój własny świat. Mają swoich przyjaciół i swoje nowe role, co najbardziej mnie cieszy. Karolcia coraz mniej pozwala siostrze sobą rządzić, na co ma wpływ wyższa samoocena wyniesiona z przedszkola. Zmiana otoczenia zdecydowanie wyszła Karolince na dobre: wyszła z roli popychadła radzącego sobie w grupie głównie pięściami i płaczem i zrobiła się z Niej fajna dziewczynka, która ma swoich własnych przyjaciół, swoje własne zdanie i z którą siostra... zaczęła się liczyć ;) Ironicznie, przdszkole zbliżyło dziewczyny, są dla siebie teraz bardziej przyciaciółkami z przedszkola niż rywalizującymi siostrami. Po powrocie do domu biorą kota pod pachę i bawią się razem pięknie w przedszkole, ustalają wspólnie grupy, dzielą lalki i kucyki w pary, rozdają... karty pracy, wychodzą z "dziećmi" na plac zabaw, śpiewają z nimi, strofują je z lekka i to wszystko przez dwie, trzy godziny do kolacji w zgodzie i harmonii!!! Niebywałe.
Gabrysia błyszczy intelektem na tle rodzeństwa, chętnie i łatwo się uczy, Filip rozczula mnie pedantyzmem i łagodnością w podejściu do jakiegokolwiek tematu. A cała trójka ma nareszcie okazję porządnie się za mną stęstknić, odbieranie Ich z przedszkola jest najlepsze. Tyle uczuć i rączek ściskających mi szyję oraz rysunków podstawianych jednocześnie pod nos Mamo Zobacz Ale Zobacz Moje Tutaj Zobacz Jakie Zrobiłem choć ciężkie do ogarnięcia w tym momencie zawsze zwala mnie z nóg. Czasem dosłownie :)
A ja? Co porabiam kiedy nie ma dzieci? Moje dni są.... jakby to napisać.... wspaniałe :) Te ze zleceniami już mniej, choć przecież niezbędne. Te, w które sięgam po smycz, ubieram czerwone buty i znikam w lesie na sto minut lubię najbardziej.
Czas - okazało się - istnieje, chęci się znalazły, wyszłam z kuchni, zakręciłam włosy, pomalowałam paznokcie, zapisałam się na lekcje gitary. Niedaleko znalazłam kosmetyczkę a za rogiem przyjaciółkę od spacerów. Okazało się, że do teatru można pójść na jedenastą a potem na przykład wyskoczyć na sałatki do Chimery na krakowskim rynku.
Korzystam z chwil dla siebie świadomie i bez wyrzutów sumienia.
Taka sytuacja...
:)
poniedziałek, 29 lipca 2013
Life is good in Kraków

Temperatury prawdziwie letnie, udały się nam tegoroczne wakacje, prawda? Pamięta ktoś jeszcze majowe chłody? Śpimy do dziesiątej, za dnia siedzimy w basenie chłodząc się na zmianę w przyjemnie wyziębionym domu. Uwijam się z łopatą w ogrodzie, po trzech tygodniach wczasowania zarosło, zachwaściło i zbrzydło mi w chruśniaku. Postanowiłam co nieco poprzesadzać, pozmieniać, robota w sam raz na 35 stopni w cieniu... Litrami mieszam truskawkowe daiquiri, sprzątam, gotuję [mało], piorę nadal powyjazdowo i w sumie już przedwyjazdowo, a wieczorami uczę dzieci jeździć na dwóch kółkach. Boczne zostały w Kołobrzegu - brzmi oficjalna wersja.
Gabrysia po swojemu wzrusza ramionami na brak kółek, wsiada na rower i... jedzie, Karolina ćwiczy dwa dni i też jeździ, Filipa 'dokończyłam' wczoraj. Nagrody motywacyjne zebrane, wyjazd treningowy na Roztoczańskie ścieżki rowerowe zaplanowany, ja kręgosłupa nie czuję :)
Wrzucę za chwilę sześć rowerów na dach dwumetrowego samochodu [nie kocham swojego ciała za to, jak się rozrosło, kocham swoje ciało za to, jak jest matko.polko.dam.radę.podnieść.słonia silne i za to, jak dużo dzięki jego mocy mogę {muszę} bez niczyjej pomocy zrobić], spakuję od nowa rodzinę i w Polskę.
Ale dobre to życie, w którym moim największym zmartwieniem dnia jest czystość wody w baseniku i uzupełnienie zamrażarki w lody o smaku [dziś akurat] wanilii. Chwilo trwaj!
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)





































.jpg)













