Patrzę na zdjęcia znad morza i zastanawiam się kiedy i gdzie Karolina wpadła na pomysł doładowania.
Na wakacjach wszyscy byli zdrowi jak rydze. Po powrocie zaczęły się problemy z nosami i gardłami, na szczęście rozeszło się po kościach. Choć nie do końca i nie u wszystkich - Karolina przodowała w nocnych narzekaniach na bolące "uszo", nie przespałyśmy kilka nocy a mimo to lekarka nie stwierdziła zapalenia. Kontynuowałam podawanie ibuprofenu i paracetamolu na przemian i jakby się poprawiło.
Na krótko. We wtorek od rana uszo znowu bolało, pojawił się też nieładny zapach. Pojechaliśmy do pediatry całą ferajną. Kubuś - jak zwykle - zajął się dwójką w poczekalnia (ciastka, lizaki i gumy) a ja z Karoliną w gabinecie usłyszałyśmy pośród spazmów małej, że nic nie widać bo woskowiny sporo, trzeba do laryngologa. Wysłano nas na drugi koniec Krakowa, na wszelki wypadek pani doktor podniosła jednak słuchawkę i wykręciła wewnętrzny do koleżanki w LIM-ie na Lublańskiej z nadzieją, że ta nie wyszła jeszcze do domu. Nie wyszła.
Poleciałam z Karoliną pod pachą do gabinetu za zakrętem, zostawiwszy Kubę z resztą za sobą w poczekalni (czy ja już wspominałam, że sześcioletni Kuba jest WSPANIAŁY!?). Pani laryngolog zaopatrzona w sprzęt zaczęla dłubać i grzebać w uchu Karoliny, Karolina w ryk, pęseta pracuje, pani doktor pomrukuje, ja siłuję się z Karoliną, by sztywno trzymała głowę, minuty mijają, metal skrobie o metal, zaraz, zaraz....jaki metal?
Baterię wyciągniętą z ucha Karoliny dostałam na pamiątkę....
Taką zegarkową, okrągłą. Nie wiem kiedy, jak i gdzie. Nie dowiem się pewnie nigdy, bo Karolina wersje podaje sprzeczne. Raz że to było na plaży i było zimno, raz, że Gabryśka to źlobiła, a znowu że to mama... Rana odleżeniowa w uchu jest spora i zakażona, jeździmy na czyszczenia, zakraplamy antybiotykiem i trzymamy kciuki, żeby nie było z tego przykrych konsekwencji.
Ot, dzieci.
