Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą codzienność. Pokaż wszystkie posty

środa, 6 stycznia 2016

No i nie przeszła bokiem ta zima...


W wyniku szeroko zakrojonej (acz spóźnionej) interwencji zimy, wygoniłam z domu dzieci oraz psa. Sama pognałam za nimi z aparatem bo pojedynczne ale niezaprzeczalne płateczki śniegu zrobiły nam na osiedlu bajkowy krajobraz. A przyjemności dla duszy i pozytywnych doświadczeń nigdy dosyć, prawda?

Dwa tygodnie przerwy świątecznej minęły nam rewelacyjnie. Dzieci odpoczęły, znalazły czas na wspólną zabawę, na nudę i wynikające z niej kreatywne pomysły. Nacieszyliśmy się sobą, naładowaliśmy baterie i od jutra znowu... szkoła. Kuba już zaczął się denerwować, tiki głowy i nerwowe pochrząkiwania powróciły, martwi się na zapas średnią i egzaminem w szkole muzycznej. Trojaczki na luzie, mają wszystko w małym paluszku, zresztą umówmy się - z perspektywy czwartej klasy nauka w klasie pierwszej to jakiś śmiech na sali, nie nauka. Czy tak samo powiem o czwartej, gdy oni tam dotrą a Kuba posmakuje nauki w pierwszej gimnazjum? A może trojaki po prostu jakieś zdolniejsze są i wszystko przychodzi im tak łatwo? A może to ja odpuściłam z ciśnieniem na "Naj..."?


























A na koniec dla porównania wspomnienia sprzed pięciu lat: nasza pierwsza zima w Polsce w roku 2010. Piękna, śnieżna. Sanki nadal te same, dzieci nadal te same, tylko Batona nie ma już z nami. A nowy pies tak pięknie Go przypomina...










niedziela, 28 czerwca 2015

Zapuszkować czas


Jeśli można zapuszkować czas, to właśnie w taki sposób. Nie wiem dla kogo bardziej łapałam w kadrze te scenki: dla nich, czy dla siebie? Ale cieszę się, że są, że zdążyłam z pomysłem i wykonaniem na koniec przedszkolnego etapu. Dla nich to całe ich życie teraz i wczoraj. Dla mnie to całe życie teraz i wczoraj.

Kawałki tych beztroskich, przedszkolnych dni zapuszkowałam w filmie. Za dwa dni trojaki skończą przedszkole. Najpierw długo było domowe, a przez ostatnie dwa lata to prawdziwe, ukochane. Skończymy ten etap raz na zawsze.

I tak bardzo mi szkoda...

Znajome zakręty zastąpimy innymi. Buzie wydorośleją. Rutyna dnia też będzie inna. Niedługo spojrzymy na klatki filmu z zaskoczeniem, odkryjemy jak bardzo zmienili się przez rok, dwa albo dziesięć. Samo życie. Normalny bieg rzeczy.

A jednak warto, warto łapać czas w kadrze, na papierze, na płótnie, w szufladzie. Warto chować głęboko. Tygodnie uciekają jak zwariowane a dzieci zmieniają się z soboty na niedzielę... Nie pojmuję, jak niedawno byli jeszcze tacy mali i tacy... trudni.







poniedziałek, 20 kwietnia 2015

Dam radę. Nie dam rady. Dam radę.


Sama się dziwię, że nic tu nie piszę. Przecież lubię czytać. Wracać i podglądać.

Ale wstręt do upubliczniania swojego życia jest coraz silniejszy. Po co? Po co komu wiedzieć skąd wróciliśmy albo co planujemy. Nic w tym szczególnego, życie jak każde inne, czym tu się... chwalić?

A z drugiej strony zaskoczyła mnie wczoraj przypadkiem otwarta strona ze zdjęciem sprzed trzech lat.  Trojaczki w owadzich polarkach na kolorowych rowerkach przed domem. Podczas, gdy Kuba na swoim pierwszym w życiu samodzielnym wyjeździe - trzydniowym zielonym przedszkolu. Mnóstwo refleksji a tylko jedno zdjęcie. Pamiętam dokładnie dzień, w którym je robiłam. Pamiętam niepokój i strach o najstarszego. Trzy lata. Zaledwie trzy lata a wydaje mi się, że taki mały Kuba to był wieki temu; teraz to duże, samodzielne chłopisko.

Czyż nie tak samo będzie z Karoliną? Gabrysią i Filipem? Że w kwietniu 2015 ślęczymy nad elementarzem i sylabizujemy na wyścigi żeby zdążyć przed pierwszą klasą a za trzy lata będę w dziale męskim szukać dla Filipa butów? Już za trzy lata!

I w tym sensie to miejsce ma sens. Pisanie o dzieciach i o naszej z nimi codzienności nadal ma sens. Więc jednak coś będę pisać, coś dodawać. Magia przeszłości, ulotny moment uchwycony w fotografii. To, co zapamiętam tutaj będzie z nami na zawsze, nikt nie da mi drugiej szansy.

A zatem...

środa, 11 września 2013

O tym, co się zmieniło albo i nie


Wkurzają mnie opowieści okołowrześniowe przemielone wielokrotnie na blogach i facebooku przez znajome matki wyzwolone wrześniowo od uciążliwych wakacji z dziećmi tudzież dziećmi w wakacje.

Niezmiennie nie rozumiem i nie planuję zdania zmieniać na temat rodziców, którym dzieci własne przeszkadzają, zawadzają, które od rodziców - o zgrozo! - czegoś ciągle wymagają. Bo są.

Dlaczego tak bardzo chcemy żeby ich nie było? Naprawdę? Nie da się dzieci mieć i cieszyć nimi w ich obecności, nie tylko gdy są daleko? W jakim ja świecie żyję i dlaczego lubię, tak bardzo lubię [i cenię sobie] towarzystwo swoich dzieciaków? Co poszło ze mną nie tak?

W mojej bajce trojaczki poszły od września do przedszkola, Kuba jest w drugiej klasie. Od 9 do prawie 15 jestem sama i nie czuję większej różnicy. Tęsknię za obecnością dzieci, za ich towarzystwem, za pełnym domem, w którym dzieci. Robię prawie to samo, różnica polega na tym, że mogę umówić się do fryzjera na 12 w południe a nie na 19 kiedy wróci mąż. Większych różnic nie widzę, nadal muszę zrobić zakupy, skosić trawę, odśnieżyć (już niedługo!) popracować zawodowo nad tłumaczeniami, nadal muszę ogarnąć dom, ogród, zwierzaki, zrobić pranie, ugotować, coś upiec, pozmywać, zaplanować logistykę i zorganizować czas sześciu osób. Nadal prowadzę blogi, co wymaga czasu, wciąż piję o dziesiątej kawę z przerwą na dłuższą lub krótszą lekturę internetową. Nadal czytam. Nadal z psem spaceruję. Nadal nie oglądam tv.

Od kiedy dzieci skończyły magiczne trzy lata, nigdy mi w tej domowej codzienności nie przeszkadzały. Mam teraz ciszej i czyściej, to pewne. Ale tylko do 15 więc co za różnica? Pewnie, że zakupy robione samemu są sprawniejsze ale te robione z dziećmi są... fajniejsze. Lubię wysyłać ich w naszych delikatesach po sprawunki, jedno szuka jogurtów, drugie bananów, trzecie pakuje jabłka na wagę, czwarte stoi w kolejce do wędlin... Dla nich to nauka samodzielności, dla mnie pomoc, no dobra trochę więcej zachodu z ogarnięciem, ale robi się z tego fajna wycieczka. Po zakupach można było pojechać na plac zabaw albo do Krakowa na lody, mieliśmy czas dla siebie, cały dzień na dowolne zagospodarowanie.

Nie pojmuję tych, którzy twierdzą, że bycie w domu to rutyna! Rutyna to jest jak trzeba co rano się sprząść, wywieźć dzieci i siebie do pracy a tam robić to samo od - do pod czyjeś dyktando. Dom to jest dom - w domu się jest panem własnego czasu, jak się chce to się pracuje, jak się nie chce to się leży i czyta a zrobi się kiedy indziej.

A tak, jest jeszcze jeden plus przedszkola - po tygodniu zachorowali i zostali ze mną w domu :)))



 
 

poniedziałek, 29 lipca 2013

Life is good in Kraków











Temperatury prawdziwie letnie, udały się nam tegoroczne wakacje, prawda? Pamięta ktoś jeszcze majowe chłody? Śpimy do dziesiątej, za dnia siedzimy w basenie chłodząc się na zmianę w przyjemnie wyziębionym domu. Uwijam się z łopatą w ogrodzie, po trzech tygodniach wczasowania zarosło, zachwaściło i zbrzydło mi w chruśniaku. Postanowiłam co nieco poprzesadzać, pozmieniać, robota w sam raz na 35 stopni w cieniu... Litrami mieszam truskawkowe daiquiri, sprzątam, gotuję [mało], piorę nadal powyjazdowo i w sumie już przedwyjazdowo, a wieczorami uczę dzieci jeździć na dwóch kółkach. Boczne zostały w Kołobrzegu - brzmi oficjalna wersja.

Gabrysia po swojemu wzrusza ramionami na brak kółek, wsiada na rower i... jedzie, Karolina ćwiczy dwa dni i też jeździ, Filipa 'dokończyłam' wczoraj. Nagrody motywacyjne zebrane, wyjazd treningowy na Roztoczańskie ścieżki rowerowe zaplanowany, ja kręgosłupa nie czuję :)

Wrzucę za chwilę sześć rowerów na dach dwumetrowego samochodu [nie kocham swojego ciała za to, jak się rozrosło, kocham swoje ciało za to, jak jest matko.polko.dam.radę.podnieść.słonia silne i za to, jak dużo dzięki jego mocy mogę {muszę} bez niczyjej pomocy zrobić], spakuję od nowa rodzinę i w Polskę.

Ale dobre to życie, w którym moim największym zmartwieniem dnia jest czystość wody w baseniku i uzupełnienie zamrażarki w lody o smaku [dziś akurat] wanilii. Chwilo trwaj!








środa, 10 kwietnia 2013

Biblioteka czeka...


Wzdycham tęsknie do owadzich polarów, czekających w szafie na cieplejsze dni. Tradycyjnie planujemy je ubrać na pierwszą wiosenną wizytę w naszej bibliotece. Panie z biblioteki rozpoznają (i słyszą) nas z daleka, chyba bardzo lubią kiedy pszczółka, dwa motylki i starszy brat wpadają poczytać i wypożyczyć nowe książki co kilka tygodni. Przynajmniej tak nam się wydaje, sądząc po ciepłym przyjęciu, na jakie zawsze możemy tam liczyć :)

A mnie się serce raduje, że dzieci uwielbiają książki, bibliotekę, atmosferę szperania w poszukiwaniu tej jedynej, staranności w zachowywaniu się cicho [jestem ze starej szkoły, która mówi, że to my rodzice mamy dzieci wychować - nie odwrotnie - i  nauczyć co wypada i jak się zachować w określonych miejscach i sytuacjach], i szczególnego szanowania czegoś, co wypożyczone. Chociaż nie uniknęliśmy przygody z nożyczkami i książką w wykonaniu Gabrysi rok temu. Dla dzieciaków taka biblioteka to znakomita zachęta do czytania. Miejsce, gdzie czują się gośćmi specjalnymi, nie przeszkadzającymi intruzami.

A w ramach odgrzewania starych kotletów - wiosna niespóźniona, zeszłoroczna.
Bo bardzo lubię ten film :)


 
 

piątek, 15 marca 2013

Od pół roku jestem samotną matką


Od ponad pół roku jestem samotną matką.

Nie, męża się nie pozbyłam, po prostu wybył nam tatuś na większy projekt do Londynu. Naprawia im miasto od spodu :) Wyjeżdża i wraca - na chwilę. I znowu wyjeżdża.

Przyzwyczaiłam się do samotności, do radzenia sobie ze śniegiem, skutą lodem bramą, z awariami, z wypadkami i pilnymi zleceniami. Z obowiązkami i samodzielnością; przywykłam do liczenia tylko na siebie. Właściwie chyba zawsze tak było, na pewno od kiedy przestałam pracować zawodowo w korporacji trzy lata temu. Ja mam na głowie dom, On kolekcjonuje środki na jego utrzymanie. Jest fair. Teraz po prostu fizycznie brakuje kogoś, kto choć na chwilę by mnie zastąpił. Wyręczył. Umożliwił wieczorny spacer z psem w samotności, poczytał ze Starszym lekturę, kiedy Młodsi czytają ze mną, wstał o szóstej z łopatą gdy śnieży i odgarnął drogę przed domem. Skoczył do sklepu po bułki i mleko, bo zabrakło. Choć raz na jakiś czas :)

Nie przyzwyczaiły się do nieobecności Taty dzieci. Pytają, płaczą, wypatrują i odliczają tygodnie do Jego powrotu. Szczególnie te młodsze. Myślę, że Londyn długo kojarzyć Im się będzie ze smutkiem rozstań. Najgorsze są choroby, a te wyjątkowo u nas ostatnio szczodre. Kiedy jedno czy drugie dziecko z gorączką, nie ma bata - musi jechać z nami odwieźć Kubę do szkoły, ze szkoły, do sklepu, ze sklepu i znowu do szkoły, ze szkoły, na piłkę, na basen... Boję się zostawiać dzieci same w domu, nawet na chwilę, nie po tym jak złodzieje weszli do nas jak do siebie podczas naszej obecności.

Na szczęście wiosna już za płotem, kończy się [mam nadzieję!] zmaganie ze śniegiem [zacznie z kosiarką, hihi], śliskie drogi na naszych wzgórzach odejdą w zapomnienie, odbiorę samochód z blacharni, pojedziemy na święta do Pragi i znów będzie dobrze. Chociaż na trochę.

A wszystkim samotnie wychowującym Matkom (i Ojcom) czapki z głów, panowie i panie! A tym, co mają męża, żonę - jak wam przyjdzie ochota ponarzekać to wyślijcie partnera na miesiąc w nieznane. I radźcie sobie sami. Nie przez dzień, dwa, czy nawet tydzień ale ciąąąąągle. 

Zdjęcia ze szczególnie ciepłymi pozdrowienia dla Taty - czekamy z utęsknieniem :)







niedziela, 11 marca 2012

Naplotkowała sosna, że już się zbliża wiosna.


Kret skrzywił się ponuro: - Przyjedzie pewno furą
Jeż się najeżył srodze: - Raczej na hulajnodze. 
(...)                                                      [Jan Brzechwa]

Do nas też zawitała :)))


poniedziałek, 20 lutego 2012

Miało być krótko i na temat, jest bez tematu i trochę dłużej


Niefajnie, jak dla mnie, nie mieć pstrykacza. Mam nawyk noszenia aparatu ze sobą [prawie] zawsze. Okazji do uchwycenia momentu w obrazek znajduję bez liku a tu pstrykacz rozłożył się kompletnie. Miał prawo, staruszek – osiem lat w świecie technologii klasyfikuje już tylko do ostatniej prostej ku podświetlonej gablotce za szybką.

Żeby to było takie proste kupić nowego pstrykacza i dobre szkło. Byle czego nie chcę, wiem, jaka to różnica w efekcie końcowym, na którym najbardziej mi zależy. Na jakość w tej chwili drobnych nie wystarcza, trzeba poczekać aż świnka przytyje. A raczej – aż nieźle się roztyje jak, nie przymierzając, kobieta w ostatnim stadium ciąży trojaczej ;)

Więc czekam.

I marzę ;)

Tymczasem dzieci nam rosną w siłę i rozum. Zmieniają się w młode, urocze – moim zdaniem – dziewczyny oraz przystojnych – jest po kim – chłopaków. Ciągną wzwyż, wysocy będą, buzie i kończyny się zmieniają, paluszki już nie takie pucołowate, rączki i stopy coraz większe, trzylatek w końcu to już kawał dziecka jest. Najstarszy ma się dobrze, tańczyć i śpiewać lubi, do przedszkola w końcu polubił chodzenie, trochę szkoda, że tak późno bo za pół roku szkoła. Wymiata w konstrukcjach LEGO, ma pomysły na przekładnie, jakieś koła zębate, coś się podnosi, coś opada, wymyśla, instrukcji się nie trzyma a ja ciągle Go pytam, czy aby na pewno pamięta ile ma lat. Jest powolny ale dokładny. Już widzę, ile czasu spędzimy nad idealnie narysowanymi szlaczkami w zadaniu domowym w pierwszej klasie. Bo że będą musiały być dokładnie narysowane to pewne ;)


Sielanka, zwana też siedzeniem w domu, trwa. Moje podejście do wychowania dzieci generalnie w Polsce trąci myszką. Mam wrażenie, że wiele jeszcze upłynie wody w lokalnej Dłubni zanim się mądre głowy zreflektują, że nie tędy droga. Bo u nas to się dopiero zaczęło i nadal wierzymy (bo jak tu nie wierzyć!), że tak trzeba, nie ma wyjścia, musimy dzieciaka wyposażyć we wszelkie umiejętności, inaczej nie poradzi sobie w wyścigu szczurów. I będzie gorszyyyyyy.

Na pocieszenie swoje i nielicznych dodam, że w Stanach, gdzie wszystkie moje dzieci się urodziły i początkowo szczęśliwie edukowały, etap zarzucania malucha obowiązkami przechodzi do lamusa. Zataczamy koło. Wracamy do tego, co było. A że garściami czerpiemy z Ameryki, w końcu slow parenting przyjdzie więc i do nas. Zakład?

Pokolenie wierzących w to, że można osiągnąć więcej, jeśli zacznie się wcześniej i będzie nad dzieckiem odpowiednio pracować, wychowało wielu dzisiejszych amerykańskich CEO. Zdecydowanie więcej wyszło im jednak osobników z zaburzeniami emocjonalnymi, nadwagą, nerwicą, wpisanymi w kalendarz regularnymi wizytami u terapeuty i… bardzo przeciętną pracą. Coraz więcej matek oddaje dzieciom dzieciństwo. Ma być czas na zabawę, na nudę, leżenie na dywanie, przytulanki, domową rutynę z plasteliną i kredką, drzemkę i odpoczynek, bez pośpiechu, bez masy zajęć dodatkowych, wystarczy dobra szkoła i soccer albo balet.

Bez porównywania się nawzajem, bez wiecznego oglądania się za siebie i na dzieci sąsiadów bo one to już… Doświadczyłam, jak bardzo matka Amerykanka czuje się pewna siebie, swoich wyborów i sposobu, w jaki opiekuje się dzieckiem. Doświadczyłam też, jak bardzo matka Polka stoi pod pręgieżem społecznych ocen, łatwo ulega wpływom, jest bombardowana dobrymi radami i polecanymi przez ‘specjalistów’ (od marketingu raczej) sposobami na wszystko co dziecka dotyczy – od wyboru smoczka, przez szczepienia, syropki, językowe przedszkole, na wyborze odpowiednich studiów skończywszy. Daliśmy się zwariować, skala rynku „dzieciowego” w Polsce poraża – poradniki, poratele internetowe, gazetki dla dzieci, o dzieciach, dla mam, o mamach, dla rodziców, o rodzicach i już same nie wiemy, co by jeszcze… Przypomina to raczej ciężką harówę, żeby ze wszystkim zdążyć i niczego nie zaniedbać. Inaczej, gorzej czuję się mamą w Polsce; nadal nie przyzwyczaiłam się do tego, że ktoś inny niż dzieci mnie z tej roli ocenia oraz…. że muszę się w tej dziedzinie doktoryzować ;)

Styl rodzicielstwa slow parenting jest mi bliski. Staram się, aby w naszym domu dzieci nie żyły w pośpiechu i poczuciu, że ciągle coś, gdzieś muszą, dokądś się spieszą, coś je ominęło i są od kogoś gorsze. Jeszcze mają na to czas. Nie chcę się poddać nurtowi wpływów, że w poniedziałek psycholog, we wtorek logopeda, potem poradnia, lekarz od tego, lekarz od tamtego, warsztaty, angielski, basen, joga, karate, pianino, po drodze ADHD, znowu psycholog i koło się zamyka. Mama i tata – trenerzy małego skauta zdobywającego kolejne sprawności – sami zestresowani, zapracowani, ale przecież nie robią tego dla siebie, robią to dla dziecka. Tylko, czy aby na pewno dla niego??

I z tą refleksją zostawiam już państwa, zabieram się za konkretne dokładanie do świnki skarbonki a więc za pracę zawodową – już grubo po 22-giej przecież ;)


niedziela, 8 stycznia 2012

Gdzie kucharzy trzech...

…tam trzeba się sporo n a e d y t o w a ć. 

Sceny walk na przedmioty kuchenne przeróżne usunięto przy montażu w celu utrwalenia tezy, że trojaczki to miłe, kochane, słodkie i łagodne stworzenia są. 

Zawsze. 

I bawią się zgodnie i uroczo też. Razem. Ładnie.

Zawsze. 

A resztę się wytnie.


Poczytaj nam, tato.



I tu podzielę się przymyśleniami dotyczącymi książek dla małych dzieci. Takich, co to same jeszcze czytać nie potrafią. Dlaczego godzimy się, rodzice dzieci, nauczyciele przedszkoli, czytać tekst do góry nogami? Przy sztukach iluś tam nie ma jak leżeć z dzieckiem u boku. Siedzi się naprzeciwko, w grupce, jak w przedszkolu. 

Jak ja marzę o książce, którą mogłabym trzymać przed nosami gromadki i jednocześnie czytać tekst skierowany do mnie, czyli do góry nogami w odniesieniu do obrazków. Czy są gdzieś takie książki, czy coś mnie ominęło? A może tylko ja mam taki problem? 

niedziela, 1 stycznia 2012

1/1/2012

Pierwszego dnia stycznia wszystko wydaje się możliwe. I takie łatwe, w końcu cały rok przed nami. Na pewno zdążę zrobić to i tamto, osiągnąć, zmienić, zacząć, dokończyć, przestać, napisać, przeczytać, przebaczyć…

Aby optymizm noworoczny trwał w nas i pierwszego dnia lutego i piętnastego marca i podczas listopadowej szarugi. Tego sobie i Państwu życzę. Oraz zdrowia i szczęścia. I aby ten rok przeżyć. Po prostu i aż tyle.  
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...