Pokazywanie postów oznaczonych etykietą być mamą. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą być mamą. Pokaż wszystkie posty

piątek, 16 maja 2014

Wakacje (zaległe)


- Usiądź wreszcie - westchnęła goszcząca u mnie mama, gdy wróciłam w południe z siłowni - tyle masz roboty, odpocznij sobie trochę.

No, rzeczywiście. Tyle mam roboty, że hej. Dzieci cały dzień nie ma, męża cały dzień nie ma, pani do sprzątania jest, obiady wszyscy zjadają poza domem, zleceń nie mam ostatnio dużo. Tak jest, roboty tyle, że nie wiem, w co ręce włożyć...

No, ale od czego są mamy, jeśli nie od nadopiekuńczości. Nawet mamy czterdziestolatek ;)

Kochana Mamo, zalatana jestem, to fakt. Ale nie tak jak myślisz. Nie tak, jak mnie nauczyłaś. Wyobraź sobie, że ostatnio nie robię zbyt wiele. Mam teraz za to czas dla siebie. Grzesznie się lenię. I korzystam z tego pełną piersią, bo wiem, że taki stan nie będzie trwał wiecznie.

Młode pokolenie odwożę do szkoły/do przedszkola na dziewiątą, do dwunastej pocę się na siłowni (15 kg w dół od 7 stycznia, jeżeli mi się udało to każdemu wyjdzie!), robię zakupy, wracam do domu popracować i poczytać. I coś zjeść. Potem jadę albo na lekcje gitary albo gdzieś do ogrodniczego w poszukiwaniu rarytasów do ogrodu, na rower, na zabieg do kosmetyczki, na spacer z psem lub zakuwam teorię do polskiego patentu żeglarskiego. Albo jadę pożeglować na krakowskich Bagrach. Po piętnastej odbieram dzieci, spędzam z nimi czas w ogrodzie, wpadnie jakaś sąsiadka lub koleżanka na lampkę wina, jakieś dodatkowe dzieci z osiedla, wraca mąż, robię kolację, odrabiamy ze starszym lekcje, raz w tygodniu jedziemy na piłkę, raz na dwa jest lekcja robotyki ze studentem AGHu, o dziewiętnastej pingwiny na dwudziestce, mycie, książki i spać. Raz na jakiś czas wyskoczę wieczorem z przyjaciółką do Bagateli albo do Słowackiego. No dobra, muszę jeszcze zrobić jakieś pranie. I odkurzyć raz na dzień.

W weekendy chodzę obecnie na kurs żeglarski. Od rana do siedemnastej mąż zostaje z dzieciakami sam. I z pełną lodówką też.

Mamo, mam wakacje!

Wypracowane, żeby nie było.

Pamiętam, jak w poprzednim życiu, siedząc przy biurku na dziewiątym piętrze wieżowca położonego nad brzegiem Jeziora Michigan w Milwaukee, potrafiłam spoglądać tęskno na niezmierzone przestrzenie i żeglujące jachty za oknem. Marzyłam o tym, żeby się zza tego biurka wyrwać. Uciec od bólu głowy, zdjąć niewygodne buty i obowiązkowy nylon ze stóp, wsiąść na rower albo na łódkę, wyjść na spacer albo przysiąść na ławce w parku i wystawić buzię do słońca. Albo spotkać się przy kawiarnianym stoliczku z książką. Nigdzie nie musieć. Nie spieszyć się. Tak bardzo chciałam być panią swojego czasu i móc dowolnie zaplanować sobie dzień. Kto tak nie marzy?

Od trzeciego roku studiów zaczęłam pracować na kilku etatach i tak zostało do czasu, kiedy trojaczki skończyły rok. Nawet wcześniej miałam zapędy na 'przodowniczkę', bo najpierw rodzice wysłali mnie o rok wcześniej do szkoły, by już dwa lata później dołożyć mi do tego szkołę muzyczną. Mając lat niewiele ponad osiem zaczęłam dojeżdżać popołudniami do szkoły muzycznej I stopnia, oddalonej od mojej wsi 30 km. Pociągiem o 14:20 w jedną stronę, pociągiem o 20:40 w drugą stronę. Sama ;) Ze stacji z buta wieczorem (obok cmentarza, brrrrr) niecałe 2 kilometry. I tak przez sześć lat, trzy razy w tygodniu. Jesień, zima, wiosna. Po liceum, na studiach ciągnęłam najpierw studia dzienne z korepetycjami, pracą w Gazecie Wyborczej oraz Studenckim Radiu Index, a w weekendy dorabiałam w pobliskim warzywniaku. Na piątym roku oprócz korepetycji był to już pełen etat w lokalnej firmie produkującej butelki PET na szumnie brzmiącym stanowisku asystenta ds. marketingu, czyli dziewczyny w miniówie do wszystkiego (nie no, do tych rzeczy to nie!!).

W wieku 25 lat, 3 dni po ślubie, wyjechałam za mężem do Stanów na zaplanowany rok do ukończenia Jego studiów. Tak się nam jednak życie zawodowe potoczyło, że zostaliśmy tam jeszcze przez lat dwanaście. Kolejne studia, równolegle praca na uniwersytecie stanowym jako wykładowca w ramach stypendium naukowego. Znów jakieś radio polonijne po drodze, pozycja z-cy prezesa w uczelnianym związku zawodowym, lubiłam chyba ciągnąć pięć srok za ogon jednocześnie. Po studiach wymarzona praca na pełnym etacie w olbrzymiej firmie z pierwszej setki listy firm Fortune 500, w dziale szkoleń. Tam wsiąknęłam na dobre, przysłowiowo pnąc się po szczeblach kariery do pozycji kierowniczej, jednocześnie na uniwersytecie zaproponowano mi pozostanie na stanowisku wykładowcy kursów e-learningowych i tak ciągnęłam dwa etaty i 70 godzin tygodniowo plus dojazdy 40 km w jedną stronę przez następnych 8 lat.

Kiedy urodził się Kuba pod koniec roku 2005-go, na uniwersytecie trwała akurat zimowa sesja egzaminacyjna, pamiętam, że z kilkunastodniowym, kolkującym już niestety, noworodkiem siedziałam sama w domu przed biurkiem prowadząc klasę online live ze swoimi studentami. Studenci na szczęście okazali się wyrozumiali dla Kubusiowego mocno-brzmiącego, częstego background noise ;) 

Sześć tygodni bezpłatnego urlopu macierzyńskiego gwarantowanego przez państwo amerykańskie przeleciało szybko. Na szczęście firma, dla której pracowałam, jak przystało na jej świetną reputację, oferowała sześć dodatkowych tygodni, w dodatku płatnych 50%. Kapitalizm, proszę pań :) Ale wtedy wydawało mi się to luksusem, że mogę tyyyyle czasu poświęcić dziecku, aż trzy miesiące i tylko jeden etat z domu!

Po powrocie do pracy wczesną wiosną Kubuś poszedł do żłobka, ja wróciłam do swoich etatów. Mieliśmy w pracy pokój laktacyjny, więc przez dwa pierwsze miesiące udawało mi się ściągać pokarm dla syna, tyle że ze względu na mój napięty grafik, Młodego nie widziałam czasami przez 36 godzin a natury nie da się oszukać. Mleko się skończyło, za to u Kuby zdiagnozowano nowotwór na powiece lewego oka, wielkości dojrzałej truskawy. To był zły czas w moim życiu. Potężny strach, niewiedza, przemęczenie, brak oparcia i potworna samotność wśród tłumu ludzi na tym dalekim kontynencie. Chore dziecko, na wpół niewidzące, sześć miesięcy terapii sterydami, wizyty w szpitalach i skutki uboczne w postaci słabego serduszka, opuchlizny i ogromnego, nienaturalnego przyrostu wagi u małego Kuby. Pokłóciłam się wtedy na następnych pięć lat z teściową, prawie rozwiodłam z mężem, przytyłam, osiwiałam i do dziś nie wiem, jakim cudem wyszliśmy z tego razem i cało.

Starania o drugie dziecko nie były łatwe w stresie, w jakim żyliśmy. Kilka ciąż zakończyło się poronieniem, potem już w ogóle przestało się dziać. Pani doktor zasugerowała hormony, aby zwiększyć szanse zajścia w ciążę jak najszybciej (zegar biologiczny tykał), no i tak skutecznie nam zwiększyła te szanse*, że z drugiego dziecka zrobiło się czwarte :)

*[W tym samym czasie zaczęłam także - nareszcie - leczyć niedoczynność tarczycy, która może powodować u kobiet spore problemy z utrzymaniem ciąży we wczesnym stadium. Wspominam o tym tutaj, bo nie każdy ginekolog pamięta, by przebadać poziom hormonów tarczycy u pacjentki, może komuś się ta informacja przyda.]

Ostatnią, intensywną sesję letnią na uniwerku ciągnęłam jeszcze będąc w drugim trymestrze ciąży z trojaczkami, na jesieni zrezygnowałam, wiedząc, że z czwórką maleńkich dzieci prawdopodobnie nie dam rady pracować więcej, niż na jeden etat. Po porodzie trojaczków (urlop znowu na zasadzie 6+6 tygodni) chciałam wrócić i wróciłam do pracy, działało to jako-tako przez pierwszy rok, potem zaczęło się zmieniać.

A może nie "to" zaczęło się zmieniać, tylko ja zaczęłam się zmieniać.

- Rozładuj w końcu tę zmywarkę, ile razy mam cię prosić! Pomóż mi z tym praniem, dlaczego ja zawsze muszę wszystko w domu robić sama? Znowu siedzisz przed komputerem, weź się rusz i poodkurzaj. Trawa nieskoszona, trzeba przykręcić ten zawias bo nam drzwi za chwilę odpadną! - zdarzało mi się wykrzyczeć koło osiemnastej, osiemnastej trzydzieści i pewnie o osiemnastej trzydzieści cztery w kierunku męża za dawnych czasów. Bo związek był partnerski. To znaczy robiliśmy wszyscy i nie robił nikt. Nikomu się nie chciało, lub inaczej: nikt nie miał siły po całym dniu w robocie. Wzajemne pretensje narastały, z żony wyszła zołza, z męża leń, dom (mimo posiadania sprzątaczki) zarastał, czystych majtek szukało się rano w stosie wypranej lecz nieuporządkowanej bielizny zalegającej w koszu od tygodni. 

Pamiętam permanentny ból głowy, potworne zmęczenie, takie długotrwałe, ciągłe, na zasadzie jak się położę na wykładzinie z dzieckiem o osiemnastej to już nie wstanę. Znacie to państwo pracujący, na pewno. Kiedy nie ma siły się nawet odezwać pełnym zdaniem i łatwiej wymruczeć "uhm" i "aemha" byle dzieciak dał spokój. Tak samo padnięty zresztą, jak my, po 10+ godzinach w głośnej placówce.
 
Zmiana we mnie polegała na tym, że dostrzegłam, iż korona mi z głowy nie spadnie, jak mimo zmęczenia to ja odkurzę, to ja zajmę się kolacją i upiekę ciasto na deser. Jak wezmę odpowiedzialność za to, by mój dom był domem ciepłym i... zgodnym. Takim na czwórkę z plusem, nie miernie. O dziwo, kiedy przestałam roszczyć od męża wkładu własnego w prowadzenie domu, okazało się, że on też umie co-nieco zrobić. I nawet Mu się chce ;) Sprawdziła się zasada: oczekujesz zmian, zacznij zmiany od siebie.

Dzieci zaczęły chorować na jesieni 2009 roku. Kuba zapalenie płuc, szpital, trojaczki za chwilę oskrzela. Mój bank "amerykańskich wakacji" (PTO - Personal Time Off) wynosił wtedy 15 dni w roku. To (uwaga): suma dni wolnych w roku kalendarzowym na chorobowe moje, chorobowe dla 4 dzieci, opiekę oraz.... rodzinne wakacje. Rozeszło się to szybko i potem był problem co robić z dzieckiem z 37,8 stopniami gorączki, posyłać do żłobka bo przecież to jeszcze nie tak źle, czy jednak zabrać ostatni dzień "wakacji" i zostać z nim w domu. 

W pracy, mimo awansu, nie byłam już w stanie błyszczeć, bo ani czasu ani chęci, w domu nie byłam w stanie błyszczeć, bo ani czasu ani chęci. Należało coś zmienić, coś wyprostować, na jakimś polu się wykazać. I skupić swoją energię.

Wybrałam dzieci i dom. Zrezygnowałam z etatu.

Moje marzenie zza biurka o byciu panią swojego czasu spełniło się. Mogłam wyjść z dziećmi kiedy chcę, mogłam zaplanować dzień jak chcę, to ja obmyślałam, ja planowałam i ja wprowadzałam plan w życie. W ciągu całego wolnego dnia tyyyle można było zrobić! A jak mi się nic nie chciało to nie robiłam nic (poza minimum przy dzieckach).

Dojrzewałam do tego stopniowo ale naprawdę nie żałuję, że tak późno. Wcześniejsze doświadczenia i osiągnięcia były mi bardzo potrzebne.

Także do tego, aby uwierzyć w siebie, osiągnąć wystarczająco w życiu zawodowym, oszczędzić każdego dodatkowego dolara z drugiego etatu i i zainwestować na przyszłość na amerykańskiej giełdzie, żeby mi nikt nigdy nie mógł zarzucić, że nie zarabiam/łam. Mam też wypracowaną emeryturę (pension) w mojej firmie, oszczędności na 401k (odpowiedniku trzeciego filaru w PL) a to daje pewne zabezpieczenie na przyszłość. I jakieś takie fajne poczucie, że nie jest się zależnym od faceta :)

Resztę już państwo znacie z bloga tego i poprzedniego. Czy mój obecny dom jest na czwórkę z plusem? Oj, tak. Jest. Mimo, że naczynia z kolacji myję dopiero rano, bo zdarza mi się zasypiać razem z dziećmi po dwudziestej, mimo, że od wielkiego dzwonu majtek nadal szukamy w koszu z czystym praniem a klocki lego walają się po całym domu, i to już nie tylko od wielkiego dzwonu ;)

Ale to jest dom spokojny i dopieszczony. Ja jestem spokojna. Mam czas. Żeby się zająć zawiasem, zmywarką, trawą, dziećmi, mężem i domem. Mamy dom, w którym mama piecze chleb (a właściwie bułeczki), gdzie na śniadanie są drożdżowe gofry, dom do którego można zaprosić kolegów o czternastej w południe a jak się nie chce iść do przedszkola to można zostać i składać herosy (jak dziś zrobił Filip). Dom, gdzie jest mama, której praca polega na tym, aby.... zawsze być, kiedy jej potrzeba. Subtelna różnica, bo przecież i bułki można upiec i gofry zrobić jak się pracuje, wiem. Wiem też niestety jak wielkim zmęczeniem i poczuciem niesprawiedliwości jest to u kobiety okupione. Jak sobie teraz pomyślę w okolicach osiemnastej, że teraz, dopiero teraz wróciłabym do zimnego domu z roboty, padnięta, z umęczonymi dziećmi, a w tym domu miałabym zrobić i to, i tamto, walczyć z mężem o każdą wykonaną czynność i jeszcze goście przyjadą na weekend to trzeba zaplanować, zakupy zrobić, pościel zmienić, i chwasty w ogrodzie... źle mi się robi na samą myśl. A przecież byłam tam, znam.

Moją receptą na złoty środek, tak to widzę po latach, jest rozdzielenie dwóch światów na jakiś czas. Najpierw kariera, potem dziecko. Oba na 100%. Albo odwrotnie. Najpierw dzieci a potem praca. Tak jest łatwiej, choć wiem, że nie każda z nas ma możliwość, by dokonać takiego podziału. W tym sensie trojaczki ułatwiły mi wybór, bo najpierw osiągnęłam w pracy co chciałam a potem spadły mi z nieba trojaczki i nagle stałam się super-mamą, która daje radę. Tak mnie widział świat, więc i ja sama zaczęłam siebie tak postrzegać. I już nic nikomu nie musiałam udowadniać.

A teraz mam wakacje. Zaległe.
Tak to widzę. I tak czuję :)


wtorek, 5 listopada 2013

P jak przedszkole


Gdyby za dzień albo na wiosnę coś miało się zmienić, zapiszę sobie tu, w pamiętniczku, że dziś i wczoraj i miesiąc wcześniej było i jest dobrze. A nawet bardzo dobrze jest.

Czy dzieci polubiły przedszkole? Dzieci pokochały przedszkole!

Pokochały wychowawców, polubiły obiady, Izę, Adę, Antka, francuskie warkocze zaplatane równiutko przez panią Karolinkę, polubiły zajęcia z tańca, i plastykę, angielski, i te codziennie godziny z kartami pracy chyba najbardziej, bo karty pracy to jest coś, w domu wcześniej były tylko kartki ;)

Pokochały się dziewczyny dosłownie w bliźniakach ze swojej grupy. Jedna wzdycha do Francesco, druga do Giacomo [przy czym rozróżnienie tych identycznych, przesłodkich chłopaków następuje po kolorze... kapci, jak rozumiem]. Gucio znalazł przyjaciela w imienniku brata - Kubie - miłośniku gonitw policyjnych i Gormitów. Dobrali się i ścigają przestępców całymi dniami w cywilu ;)

Trojaczki mają swój własny świat. Mają swoich przyjaciół i swoje nowe role, co najbardziej mnie cieszy. Karolcia coraz mniej pozwala siostrze sobą rządzić, na co ma wpływ wyższa samoocena wyniesiona z przedszkola. Zmiana otoczenia zdecydowanie wyszła Karolince na dobre: wyszła z roli popychadła radzącego sobie w grupie głównie pięściami i płaczem i zrobiła się z Niej fajna dziewczynka, która ma swoich własnych przyjaciół, swoje własne zdanie i z którą siostra... zaczęła się liczyć ;) Ironicznie, przdszkole zbliżyło dziewczyny, są dla siebie teraz bardziej przyciaciółkami z przedszkola niż rywalizującymi siostrami. Po powrocie do domu biorą kota pod pachę i bawią się razem pięknie w przedszkole, ustalają wspólnie grupy, dzielą lalki i kucyki w pary, rozdają... karty pracy, wychodzą z "dziećmi" na plac zabaw, śpiewają z nimi, strofują je z lekka i to wszystko przez dwie, trzy godziny do kolacji w zgodzie i harmonii!!! Niebywałe.

Gabrysia błyszczy intelektem na tle rodzeństwa, chętnie i łatwo się uczy, Filip rozczula mnie pedantyzmem i łagodnością w podejściu do jakiegokolwiek tematu. A cała trójka ma nareszcie okazję porządnie się za mną stęstknić, odbieranie Ich z przedszkola jest najlepsze. Tyle uczuć i rączek ściskających mi szyję oraz rysunków podstawianych jednocześnie pod nos Mamo Zobacz Ale Zobacz Moje Tutaj Zobacz Jakie Zrobiłem choć ciężkie do ogarnięcia w tym momencie zawsze zwala mnie z nóg. Czasem dosłownie :) 

A ja? Co porabiam kiedy nie ma dzieci? Moje dni są.... jakby to napisać.... wspaniałe :) Te ze zleceniami już mniej, choć przecież niezbędne. Te, w które sięgam po smycz, ubieram czerwone buty i znikam w lesie na sto minut lubię najbardziej.

Czas - okazało się - istnieje, chęci się znalazły, wyszłam z kuchni, zakręciłam włosy, pomalowałam paznokcie, zapisałam się na lekcje gitary. Niedaleko znalazłam kosmetyczkę a za rogiem przyjaciółkę od spacerów. Okazało się, że do teatru można pójść na jedenastą a potem na przykład wyskoczyć na sałatki do Chimery na krakowskim rynku.

Korzystam z chwil dla siebie świadomie i bez wyrzutów sumienia.
Taka sytuacja...
:)




środa, 11 września 2013

O tym, co się zmieniło albo i nie


Wkurzają mnie opowieści okołowrześniowe przemielone wielokrotnie na blogach i facebooku przez znajome matki wyzwolone wrześniowo od uciążliwych wakacji z dziećmi tudzież dziećmi w wakacje.

Niezmiennie nie rozumiem i nie planuję zdania zmieniać na temat rodziców, którym dzieci własne przeszkadzają, zawadzają, które od rodziców - o zgrozo! - czegoś ciągle wymagają. Bo są.

Dlaczego tak bardzo chcemy żeby ich nie było? Naprawdę? Nie da się dzieci mieć i cieszyć nimi w ich obecności, nie tylko gdy są daleko? W jakim ja świecie żyję i dlaczego lubię, tak bardzo lubię [i cenię sobie] towarzystwo swoich dzieciaków? Co poszło ze mną nie tak?

W mojej bajce trojaczki poszły od września do przedszkola, Kuba jest w drugiej klasie. Od 9 do prawie 15 jestem sama i nie czuję większej różnicy. Tęsknię za obecnością dzieci, za ich towarzystwem, za pełnym domem, w którym dzieci. Robię prawie to samo, różnica polega na tym, że mogę umówić się do fryzjera na 12 w południe a nie na 19 kiedy wróci mąż. Większych różnic nie widzę, nadal muszę zrobić zakupy, skosić trawę, odśnieżyć (już niedługo!) popracować zawodowo nad tłumaczeniami, nadal muszę ogarnąć dom, ogród, zwierzaki, zrobić pranie, ugotować, coś upiec, pozmywać, zaplanować logistykę i zorganizować czas sześciu osób. Nadal prowadzę blogi, co wymaga czasu, wciąż piję o dziesiątej kawę z przerwą na dłuższą lub krótszą lekturę internetową. Nadal czytam. Nadal z psem spaceruję. Nadal nie oglądam tv.

Od kiedy dzieci skończyły magiczne trzy lata, nigdy mi w tej domowej codzienności nie przeszkadzały. Mam teraz ciszej i czyściej, to pewne. Ale tylko do 15 więc co za różnica? Pewnie, że zakupy robione samemu są sprawniejsze ale te robione z dziećmi są... fajniejsze. Lubię wysyłać ich w naszych delikatesach po sprawunki, jedno szuka jogurtów, drugie bananów, trzecie pakuje jabłka na wagę, czwarte stoi w kolejce do wędlin... Dla nich to nauka samodzielności, dla mnie pomoc, no dobra trochę więcej zachodu z ogarnięciem, ale robi się z tego fajna wycieczka. Po zakupach można było pojechać na plac zabaw albo do Krakowa na lody, mieliśmy czas dla siebie, cały dzień na dowolne zagospodarowanie.

Nie pojmuję tych, którzy twierdzą, że bycie w domu to rutyna! Rutyna to jest jak trzeba co rano się sprząść, wywieźć dzieci i siebie do pracy a tam robić to samo od - do pod czyjeś dyktando. Dom to jest dom - w domu się jest panem własnego czasu, jak się chce to się pracuje, jak się nie chce to się leży i czyta a zrobi się kiedy indziej.

A tak, jest jeszcze jeden plus przedszkola - po tygodniu zachorowali i zostali ze mną w domu :)))



 
 

piątek, 12 lipca 2013

Wakacje z dziećmi




Tata wyjechał i pogoda nad morzem się spsuła. Przerzuciliśmy się więc z rowerów na samochód i zwiedzamy.

Ogrody Hortulus w Dobrzycy dzieci przemierzyły z prędkością światła, bo dla dzieci naturalnie mało tam atrakcji, nad rabatkami oraz malowniczymi zakątkami raczej nie będą się pochylać w tym wieku. Ale wytrzymały, pobiegały, nie zmokły. Skansen Wypieku Chleba w Ustroniu Morskim nie zachwycił, wycieczka do Mielna też nie bardzo, ot nadmorskie miasteczko jakich wiele, przepełnione ludźmi i handlem. Skończyliśmy na znajomych kulkach w Kołobrzegu.

 Za to spontaniczna podróż PKS-em, jeszcze za ładnej pogody sprzed trzech dni, na pewno zapadnie dzieciakom w pamięć. Tego dnia zaplanowałam małą wycieczkę brzegiem morza, wyjątkowo bez rowerów, za to pieszo i z planowanymi przystankami na odpoczynek i zabawę nad wodą.

Wyruszyłam z dziećmi z Kołobrzegu po obiedzie o 14:00. Po blisko czterech godzinach okazało się, że przeszliśmy spory kawałek bo znaleźliśmy się w ... Dźwirzynie, pokonując 12 kilometrów plażą! Dla zdrowego dorosłego niewielki to wyczyn, za to dla cztero i pół latka i owszem. Nawet siedmio i pół latek pod koniec wymiękał.

Po drodze mieliśmy kilka przystanków, dzieciaki taplały się w wodzie, bawiły, odpoczywały, nie maszerowaliśmy cały czas. Spotkała nas też przygoda: w pewnym momencie między Grzybowem a Dźwirzynem nieoczekiwanie zaczęła się plaża nudystów. Trochę pytań się posypało w sprawie gołych pań i panów, padła też propozycja od jednej z moich córek abyśmy i my się rozebrali, na szczęście po kilkuset metrach plaża golasów się skończyła, a nasze, skąpe skądinąd, ubrania nadal przykrywały to, co przykrywać w zamiarze miały.


Już w połowie drogi zdałam sobie sprawę, że jeśli nie zawrócimy teraz, o drodze powrotnej brzegiem morza nie ma mowy. Po pierwsze zabrakło by sił, po drugie - czasu przed zmierzchem. Wymyśliłam, że wrócimy do Kołobrzegu autobusem i to dodało dzieciom skrzydeł. Trojaczki, co tu kryć, nigdy jeszcze prawdziwym polskim PKSem nie jechały.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy - po dotarciu do Dźwirzyna odczekaliśmy chwilę na przystanku, po czym wsiedliśmy do autobusu PKS Trzebiatów-Kołobrzeg. Zmęczeni ale rozchichotani od trzęsawki w starym autobusie dojechaliśmy na kołobrzeski Dworzec Główny, skąd za 15 złociszy wzięliśmy taksówkę do naszego pensjonatu.

O 19 byliśmy na miejscu, w sam raz na Pingwiny z Madagaskaru - dzień dzieciaki zaliczyły więc do udanych :)

Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał, że po takiej wyprawie dzieciaki padną. Po Pingwinach Karolinka zapragnęła odszukać na plaży zagubiony podczas spaceru kapelusik, podjechaliśmy więc znowu na plażę w miejsce gdzie panna podejrzewała, że go zawieruszyła, przeszliśmy trochę nic nie znajdując a w drodze powrotnej państwo zażyczyli sobie gofrów.

Do domu wróciliśmy późno :)


Wczoraj natomiast wybraliśmy się na rowery i jakoś tak dobrze się nam z Kubusiem jechało, że dojechaliśmy aż za Rogowo robiąc w sumie 34 kilometry, przy czym do mojego roweru doczepiona była trójka dzieci. Myślę, że to już ostatni rok kiedy ciągnę całą trójkę (jedno w siodełku a dwójkę w przyczepie), trojaki urosły ostatnio sporo, zrobiły się dużo cięższe i ciągnięcie za sobą 71 kilo ciałka nie jest już takie łatwe...

Na szczęście wysiłek fizyczny rekompensują mi miny i komentarze mijanych osób. Jak się ktoś zorientuje ile osób za mną siedzi, lecą ochy i achy jaka fajna wycieczka, ale pani to się napedałuje, ojej, zobacz raz, dwa i trzecie jeszcze siedzi! A mnie skrzydła rosną i już nieważne, że wyglądam jak wieloryb na tym rowerze, czerwona z wysiłku i jak kwoka z kurczętami.

Kubuś dotrzymuje mi kroku i widzę, że rower lubi. W tygodniu kiedy był z nami tata, często jeździliśmy wcześnie rano lub późno wieczorem we dwoje na kilkudziesięcio- lub kilkunastokilometrowe wycieczki we dwoje, podczas gdy tata z trojakami jeszcze/już spał. Kuba to mój kompan w spontanicznych wyprawach i wspaniały przyjaciel. Jest chętny każdemu wyzwaniu i uwielbiam w Nim ten typ podróżnika. Dla porównania, Jego brat Filip ma całkiem inny temperament - dom, mama, tata, łóżko i znajome kąty to Jego królestwo.

Kuba jest też niezastąpiony przy obsłudze trojaczków. Często słyszę pochwały od znajomych i nieznajomych o tym, jak sobie świetnie radzę z logistyką i ogarnięciem czwórki dzieci. Nieskromnie powiem, że wyćwiczyłam się w tym na piątkę z plusem i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwej do zrobienia z czwórką dzieci, jakiej nie można zrobić z dwójką lub jednym. Prawda jest jednak taka, że bez Kuby nie radziłabym sobie tak dobrze. Kuba przypilnuje, zaprowadzi, zaopiekuje się kiedy trzeba, popilotuje małego uciekiniera peletonu podczas samodzielnego kołowania, a na naszych wycieczkach z przyczepką na przykład to ja stoję pod sklepem trzymając rower z dziećmi a Kuba wchodzi do sklepu robiąc zakupy typu woda, owoce, coś do zjedzenia. Dzisiaj na kulkach trzy razy zaprowadzał całą trójkę do ubikacji podczas gdy ja przez dwie godziny czytałam książkę przy stoliku obok. Kuba to naprawdę złote dziecko i wspaniały straszy brat! Wiem, że zawsze mogę na Niego liczyć.








W tym całym cudownym (dla mnie) spędzaniu czasu z małymi, fajnymi ludźmi, z którymi przeżywam tyle przygód, zastanawia mnie moda panująca w hotelach na animację/opiekę dla dzieci podczas wakacji. Nie chcę myśleć negatywnie o rodzicach, którzy decydują się pojechać na wakacje rodzinne by potem oddać dziecko pod opiekę obcej osoby. Próbuję zrozumieć motywy, że z dzieckiem nie da się pewnych rzeczy zrobić, że trzeba się do niego dostosować, dopilnować, że trzeba też czasem wyczarować czas tylko we dwoje, złapać oddech. 

Ale potem myślę sobie o nas - ile ja bym dała, żeby mieć takie wakacje co roku! Z dziećmi właśnie i DZIĘKI dzieciom właśnie. Bo tylko z nimi mogę pochylać się nad ślimakiem na ścieżce rowerowej by przenieść go na drugą stronę drogi, bo tylko z nimi mogę taplać się w piasku budując twierdze nad brzegiem morza, tylko z nimi mogę być alfą i omegą, najważniejszą i najwspanialszą istotą pod słońcem. Dzieci to cudowny lek. Błogosławieństwo. I szkoda mi tak naprawdę rodziców, którzy jeszcze o tym nie wiedzą, tych którzy w dzieciach ani w sobie nie potrafią tej przygody i błogosławieństwa losu odkryć. I przestawić własne myślenie z dzieci, które przeszkadzają na dzieci, które nas rozwijają. Czy wkrótce rodzice tych "zaopiekowanych" dzieci dołączą do grona babć i dziadków zwariowanych na punkcie (dopiero) wnucząt, przepełnionych wyrzutami sumienia, że dla własnych dzieci nie mieli ani tyle serca ani czasu?








piątek, 15 marca 2013

Od pół roku jestem samotną matką


Od ponad pół roku jestem samotną matką.

Nie, męża się nie pozbyłam, po prostu wybył nam tatuś na większy projekt do Londynu. Naprawia im miasto od spodu :) Wyjeżdża i wraca - na chwilę. I znowu wyjeżdża.

Przyzwyczaiłam się do samotności, do radzenia sobie ze śniegiem, skutą lodem bramą, z awariami, z wypadkami i pilnymi zleceniami. Z obowiązkami i samodzielnością; przywykłam do liczenia tylko na siebie. Właściwie chyba zawsze tak było, na pewno od kiedy przestałam pracować zawodowo w korporacji trzy lata temu. Ja mam na głowie dom, On kolekcjonuje środki na jego utrzymanie. Jest fair. Teraz po prostu fizycznie brakuje kogoś, kto choć na chwilę by mnie zastąpił. Wyręczył. Umożliwił wieczorny spacer z psem w samotności, poczytał ze Starszym lekturę, kiedy Młodsi czytają ze mną, wstał o szóstej z łopatą gdy śnieży i odgarnął drogę przed domem. Skoczył do sklepu po bułki i mleko, bo zabrakło. Choć raz na jakiś czas :)

Nie przyzwyczaiły się do nieobecności Taty dzieci. Pytają, płaczą, wypatrują i odliczają tygodnie do Jego powrotu. Szczególnie te młodsze. Myślę, że Londyn długo kojarzyć Im się będzie ze smutkiem rozstań. Najgorsze są choroby, a te wyjątkowo u nas ostatnio szczodre. Kiedy jedno czy drugie dziecko z gorączką, nie ma bata - musi jechać z nami odwieźć Kubę do szkoły, ze szkoły, do sklepu, ze sklepu i znowu do szkoły, ze szkoły, na piłkę, na basen... Boję się zostawiać dzieci same w domu, nawet na chwilę, nie po tym jak złodzieje weszli do nas jak do siebie podczas naszej obecności.

Na szczęście wiosna już za płotem, kończy się [mam nadzieję!] zmaganie ze śniegiem [zacznie z kosiarką, hihi], śliskie drogi na naszych wzgórzach odejdą w zapomnienie, odbiorę samochód z blacharni, pojedziemy na święta do Pragi i znów będzie dobrze. Chociaż na trochę.

A wszystkim samotnie wychowującym Matkom (i Ojcom) czapki z głów, panowie i panie! A tym, co mają męża, żonę - jak wam przyjdzie ochota ponarzekać to wyślijcie partnera na miesiąc w nieznane. I radźcie sobie sami. Nie przez dzień, dwa, czy nawet tydzień ale ciąąąąągle. 

Zdjęcia ze szczególnie ciepłymi pozdrowienia dla Taty - czekamy z utęsknieniem :)







poniedziałek, 3 grudnia 2012

O chłopakach i dziewczynach

Będąc w ciąży z Pierwszym modliłam się w duszy żeby to był chłopak. Bardzo obawiałam się, czy będę odpowiednio dobrą mamą dla dziewczynki. Nie wiedziałam jaką relację z nią stworzę, czy będę potrafiła kochać ją tak, jak powinnam. Byłoby co robić na kozetce u psychoanalityka odkrywając skąd te obawy i jak sobie z nimi radzić.

Na szczęście był chłopak i w rolę mamy weszłam bezboleśnie, jak po maśle.

Teraz mam dwie dziewczyny i już nie boję się ich kochać. Uporządkowałam sobie [być może dzięki Pierwszemu] własne emocje, nauczyłam okazywać miłość i nie wstydzić się tego. Nie traktować jako przejawu, bo ja wiem, naiwności albo słabości. Oj, wieeeele musiałam sie nauczyć. I wybaczyć też...

Mimo to zastanawiam się czasami, czy dziewczyny traktuję inaczej niż chłopców. Czy wymagam od nich więcej? Bo są silniejsze, dadzą sobie radę, bo są sprytniejsze. W moim przekonaniu, oczywiście :) Mam takie przypisane 'role', jak chcę coś szybko to wysyłam Gabryśkę bo na Jej pomocność i chęć nadskakiwania rodzicowi zawsze mogę liczyć. Kiedy spieszymy się rano, żeby szybko się ubrać, zjeść i odwieźć Kubusia do szkoły, wysyłam Karolcię aby pomogła ubrać się Guciowi. Bo Gucio, wiadomo, maaaaa czaaaas.

No właśnie, dlaczego wiadomo, że Guciowi trzeba pomóc? Pomóżcie Guciowi, dziewczyny, słychać u nas często... Wkradają się stereotypowe role dziewczyny pomagającej i chłopaka oczekującego pomocy, widzę to i próbuję korygować ale na codzień zauważam różnice między płciami.

Bycie mamą dziewczynek odkryło we mnie wiele słabości i kompleksów. Ale dopełniło też miłość macierzyńską uczuciem przyjaźni i zrozumienia. Oraz bezwzględnej miłości i zaufania jakimi darzy mnie szczególnie jedna z nich :)

czwartek, 29 listopada 2012

Dorodna Wózkowa


Era wózkowa odchodzi u nas w zapomnienie. Dzieciaki powyrastały ze spacerówek, już nawet z wózków joggingowych i nosideł. Duże dzieci chodzą same. Gdzie chcą ;)

Mam tylko kilka zdjęć siebie z wózkami obłożonymi dziećmi. Choć pomykałam tak codziennie, latami, Matka Wózkowa w wydaniu maxi. 

Tych kilka zdjęć dobitnie sumuje moje życie, matka z wózkiem [wózkami], 'Królowa Balu', prawie jak u Prof. Mikołejki, choć przecież jakże inaczej niż tam. Wśród dzieci, dla dzieci, stadnie, lecz jednak z książką i nie w natarciu. Lekko [dosłownie] nie jest, ale za to jak fajnie :) Dorodna ze mnie była wózkowa. 



 

czwartek, 25 października 2012

Na myśl o piątym zmontowałam sobie film


Od czasu do czasu nachodzi mnie myśl. Myśl o piątym dziecku. Ha, ha, oraz ha :)

Bo fajnie, myślę sobie, byłoby jeszcze mieć małe baby, takie jedno, pojedyńcze, które można w ramionach utulić, nakarmić bez pośpiechu, ubrać w śliczne śpioszki, ponosić w chuście, nacieszyć się każdym uśmiechem. Cud, miód, orzeszki i co pięć minut nowa kupa.

ALE.

Po pierwsze odpada, po drugie odpada a po trzecie męża i tak nie ma w domu.

Zresztą w ramach powrotu do tzw. baby reality zmontowałam sobie film. Z trójką roczniaków w roli głównej.

Uwaga: Film przeznaczony jest z założenia dla osób posiadających już potomstwo. Bezdzietnych prosi się o kliknięcie w czerwony krzyżyk w prawym górnym rogu ekranu komputera. Nie chcecie poznać tej prawdy przedwcześnie, nasz kraj potrzebuje waszych dzieci!





Po zmontowaniu filmu nasuneły mi się następujące wnioski:

1. A ja myślałam, że oni
teraz walczą o wszystko!
2. Karolcia rządzi.
3. What a mess!
4. Dlaczego oni ciągle w pidżamach?
5. Cztery to jest jednak dobry numer. Bardzo dobry. Ostateczny.
  

poniedziałek, 20 lutego 2012

Miało być krótko i na temat, jest bez tematu i trochę dłużej


Niefajnie, jak dla mnie, nie mieć pstrykacza. Mam nawyk noszenia aparatu ze sobą [prawie] zawsze. Okazji do uchwycenia momentu w obrazek znajduję bez liku a tu pstrykacz rozłożył się kompletnie. Miał prawo, staruszek – osiem lat w świecie technologii klasyfikuje już tylko do ostatniej prostej ku podświetlonej gablotce za szybką.

Żeby to było takie proste kupić nowego pstrykacza i dobre szkło. Byle czego nie chcę, wiem, jaka to różnica w efekcie końcowym, na którym najbardziej mi zależy. Na jakość w tej chwili drobnych nie wystarcza, trzeba poczekać aż świnka przytyje. A raczej – aż nieźle się roztyje jak, nie przymierzając, kobieta w ostatnim stadium ciąży trojaczej ;)

Więc czekam.

I marzę ;)

Tymczasem dzieci nam rosną w siłę i rozum. Zmieniają się w młode, urocze – moim zdaniem – dziewczyny oraz przystojnych – jest po kim – chłopaków. Ciągną wzwyż, wysocy będą, buzie i kończyny się zmieniają, paluszki już nie takie pucołowate, rączki i stopy coraz większe, trzylatek w końcu to już kawał dziecka jest. Najstarszy ma się dobrze, tańczyć i śpiewać lubi, do przedszkola w końcu polubił chodzenie, trochę szkoda, że tak późno bo za pół roku szkoła. Wymiata w konstrukcjach LEGO, ma pomysły na przekładnie, jakieś koła zębate, coś się podnosi, coś opada, wymyśla, instrukcji się nie trzyma a ja ciągle Go pytam, czy aby na pewno pamięta ile ma lat. Jest powolny ale dokładny. Już widzę, ile czasu spędzimy nad idealnie narysowanymi szlaczkami w zadaniu domowym w pierwszej klasie. Bo że będą musiały być dokładnie narysowane to pewne ;)


Sielanka, zwana też siedzeniem w domu, trwa. Moje podejście do wychowania dzieci generalnie w Polsce trąci myszką. Mam wrażenie, że wiele jeszcze upłynie wody w lokalnej Dłubni zanim się mądre głowy zreflektują, że nie tędy droga. Bo u nas to się dopiero zaczęło i nadal wierzymy (bo jak tu nie wierzyć!), że tak trzeba, nie ma wyjścia, musimy dzieciaka wyposażyć we wszelkie umiejętności, inaczej nie poradzi sobie w wyścigu szczurów. I będzie gorszyyyyyy.

Na pocieszenie swoje i nielicznych dodam, że w Stanach, gdzie wszystkie moje dzieci się urodziły i początkowo szczęśliwie edukowały, etap zarzucania malucha obowiązkami przechodzi do lamusa. Zataczamy koło. Wracamy do tego, co było. A że garściami czerpiemy z Ameryki, w końcu slow parenting przyjdzie więc i do nas. Zakład?

Pokolenie wierzących w to, że można osiągnąć więcej, jeśli zacznie się wcześniej i będzie nad dzieckiem odpowiednio pracować, wychowało wielu dzisiejszych amerykańskich CEO. Zdecydowanie więcej wyszło im jednak osobników z zaburzeniami emocjonalnymi, nadwagą, nerwicą, wpisanymi w kalendarz regularnymi wizytami u terapeuty i… bardzo przeciętną pracą. Coraz więcej matek oddaje dzieciom dzieciństwo. Ma być czas na zabawę, na nudę, leżenie na dywanie, przytulanki, domową rutynę z plasteliną i kredką, drzemkę i odpoczynek, bez pośpiechu, bez masy zajęć dodatkowych, wystarczy dobra szkoła i soccer albo balet.

Bez porównywania się nawzajem, bez wiecznego oglądania się za siebie i na dzieci sąsiadów bo one to już… Doświadczyłam, jak bardzo matka Amerykanka czuje się pewna siebie, swoich wyborów i sposobu, w jaki opiekuje się dzieckiem. Doświadczyłam też, jak bardzo matka Polka stoi pod pręgieżem społecznych ocen, łatwo ulega wpływom, jest bombardowana dobrymi radami i polecanymi przez ‘specjalistów’ (od marketingu raczej) sposobami na wszystko co dziecka dotyczy – od wyboru smoczka, przez szczepienia, syropki, językowe przedszkole, na wyborze odpowiednich studiów skończywszy. Daliśmy się zwariować, skala rynku „dzieciowego” w Polsce poraża – poradniki, poratele internetowe, gazetki dla dzieci, o dzieciach, dla mam, o mamach, dla rodziców, o rodzicach i już same nie wiemy, co by jeszcze… Przypomina to raczej ciężką harówę, żeby ze wszystkim zdążyć i niczego nie zaniedbać. Inaczej, gorzej czuję się mamą w Polsce; nadal nie przyzwyczaiłam się do tego, że ktoś inny niż dzieci mnie z tej roli ocenia oraz…. że muszę się w tej dziedzinie doktoryzować ;)

Styl rodzicielstwa slow parenting jest mi bliski. Staram się, aby w naszym domu dzieci nie żyły w pośpiechu i poczuciu, że ciągle coś, gdzieś muszą, dokądś się spieszą, coś je ominęło i są od kogoś gorsze. Jeszcze mają na to czas. Nie chcę się poddać nurtowi wpływów, że w poniedziałek psycholog, we wtorek logopeda, potem poradnia, lekarz od tego, lekarz od tamtego, warsztaty, angielski, basen, joga, karate, pianino, po drodze ADHD, znowu psycholog i koło się zamyka. Mama i tata – trenerzy małego skauta zdobywającego kolejne sprawności – sami zestresowani, zapracowani, ale przecież nie robią tego dla siebie, robią to dla dziecka. Tylko, czy aby na pewno dla niego??

I z tą refleksją zostawiam już państwa, zabieram się za konkretne dokładanie do świnki skarbonki a więc za pracę zawodową – już grubo po 22-giej przecież ;)


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...