Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czas. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą czas. Pokaż wszystkie posty

środa, 2 września 2015

First day(s) at school





Klasa I i klasa IV.

Mam wrażenie, że niewiele czasu minęło od mojego powrotu z porodówki z kilkoma zawiniątkami na rękach, a Oni już się do szkoły wybierają. Z uśmiechem na ustach w dodatku.

Ekscytacji nie ma końca - szkoła wyczekana, wyśniona i wspaniała. Oby ten sen trwał jak najdłużej!







sobota, 29 sierpnia 2015

Pięć lat


Jestem tutaj pięć lat. Dziś mija rocznica przeprowadzki do Polski.

Zaraz po powrocie na jesieni 2010 roku planowałam sobie w myślach, że za pięć lat podsumuję i wystawię ocenę; wtedy będę już wiedzieć, czy decyzja o powrocie do kraju na stałe była dobrą.

Czy teraz już wiem? Po pięciu latach?

Przypominam sobie drogę z lotniska, pierwsze wrażenia nowego domu zbudowanego z cegły, wysokie sufity, detale, otoczenie, zapach drewnianych podłóg i echo niosące się w pustych ścianach. Potem pierwsza podróż do miasta i znowu zdziwienie, że wszystko jak w Ameryce, tylko nowsze i ładniejsze. Drogi i sklepy nie z lat pięćdziesiątych, tylko sprzed roku. Ciągle, po pięciu latach to mnie rozczula: mieszkam w kraju zmian, w kraju, gdzie co chwila widzę nowo powstające domy i drogi, gdzie co jakiś czas dostaję więcej autostrady, gdzie ktoś dla nas coś remontuje, ktoś ulepsza, ktoś otwiera biznesy, ktoś też plajtuje. Na mojej ulicy buduje się chodnik, postawiono oświetlenie, na drodze do szkoły powstanie niedługo ścieżka rowerowa, zbudowano już kanalizację. Mogę się wściekać, że przejazd utrudniony, że objazdy. Lub mogę rozumieć, że to konieczność w kraju o młodej demokracji. Że nie ma sensu porównywać naszych dróżek z amerykańską infrastrukturą budowaną od dziesiątek lat. W skrzynce mailowej znalazłam dziś powiadomienie o dofinansowaniu unijnym dla przedsiębiorstw z terenów wiejskich. Może założyć firmę i skorzystać? Tu wciąż coś się dzieje...

Polska 2015 roku to nie Ameryka, gdzie wszystko już jest i dlatego tak łatwo tam żyć! My się staramy, my budujemy, zmieniamy, gonimy. Wydajemy pieniądze, budujemy na potęgę, za lat dwadzieścia Polska przypominać będzie kraje Zachodu i zrobi się.... tak pięknie nudno ;) Teraz jest ciekawie. Zmiana goni zmianę i to od każdego z nas zależy, czy dostrzeżemy nowe kawałki budowanych dróg, czy skupimy na tych, których jeszcze nie ma. Polska w ruinie to tylko slogan reklamowy pewnej partii. Ja widzę Polskę w rozkwicie.

Decyzja była dobra. Mimo pewnych minusów, czuję, że to jest moje miejsce na ziemi. Brakuje mi jedynie kilku rzeczy i kilkunastu osób tu w Polsce, ale kto powiedział, że tak będzie zawsze: przeprowadzki są dla ludzi, Ludzie Drodzy :)

A na koniec przypowieść z życia. Jest upalne lato roku 2007. Kuba w daycare od siódmej piętnaście, ja w pracy, mąż w pracy. Postanawiamy z psiapsiółkami z działu szkoleniowego wyjść na lancz na miasto do popularnej knajpy w Milwaukee. Kim, Jody, Gina i ja. Ubrane przepisowo wg wskazań korporacyjnych Northwestern Mutual: rajstopy, pełne buty zakrywające palce i stopy, ramiona zakryte, spódnica za kolano. W sam raz na upalik ;) Siadamy, zamawiamy, rozmawiamy o pracy, wspólne firmowe tematy kręcą się przez jakiś czas a potem jak zwykle robota idzie w kąt i gadamy o prywacie, dzieciach. Ale dziś jest... powrót do przeszłości. Bajki, z których Kim, Gina i Jody się zaśmiewają, opowieści z podstawówki i ich Ameryki lat 80-tych, auta, którymi jeździły jako nastolatki, ulubione słodycze, potrawy które mama przygotowywała najlepiej, filmy, fryzury.

Ciekawią mnie te opowieści bardzo. Bardzo. Ale jest mi też cholernie smutno. Siedzę tam i słucham, od czasu do czasu zapytają mnie - bo wypada - jak to wyglądało u mnie. Ale ściana niezrozumienia jest olbrzymia. Czuję, że odstaję, jestem inna. Nie będę nigdy dzielić przeszłości z dziewczynami wychowanymi w innej kulturze i w innych realiach. Nie pogadam o Reksiu, o wypadach w góry, podróżach przepełnionym pociągiem klasy drugiej z postojem na jednej nodze w zakopconym korytarzu. O rodzicach, którzy kombinowali, żeby dzieciom dwa razy do roku kupić pomarańcze i czekoladę, na święta. O kolejkach po chleb. O pierogach z jagodami, kuligu za PGR-owskim traktorem, wykopkach, sianokosach u babci. Czy o czerpaniu wody z żurawia, bo tak w latach osiemdziesiątych u mojej babci jeszcze było. O wkuwaniu w liceum, sprawdzianach, egzaminach na studiach - to całkiem inne światy.

Siedzę z roześmianymi Amerykankami i myślę o małym Kubusiu. O Jego przyszłości i o tym co i gdzie wybiorę dla Niego jako świat Jego dzieciństwa. Czy bliżej Mu będzie do velvet cake (który nauczę się robić), czy do szarlotki (którą już umiem). Czy za dwadzieścia lat usiądę z Nim przy kawie i nie znajdę wspólnego odniesienia kulturalnego? W jakim języku będę z Nim wtedy rozmawiać? Czy da się wychować dziecko w dwóch światach na raz?

A wracając do poczucia odmienności, jakiego doznaje każdy emigrant: da się z tym żyć! Co z tego, że nie mamy wspólnej przeszłości? Tworzymy za to wspólne dzisiaj, budujemy nowe relacje,  poznajemy odmienne zwyczaje, języki. Ludzie pięknie się różnią i te różnice nawzajem nas bogacą. Stajemy się ciekawsi dzięki temu, że nie jesteśmy wszyscy tacy sami. A jednak... A jednak ciężko pogodzić się z myślą, że jest się na stałe tym "innym", nie do końca rozumianym emigrantem, nie w pełni naszej odmienności akceptowanym, dziwnym i czasami trudnym. A jeszcze ciężej pogodzić się z myślą, że owa inność jest jedynie tolerowaną fanaberią, o której fajnie posłuchać i poczytać, na co dzień jednak lepiej o niej zapomnieć i wtopić się w główny nurt. Tego oczekują Amerykanie, tego oczekujemy my Polacy od emigrantów mieszkających u nas. Znam wielu wspaniałych ludzi, którym to się udało - emigrantów w Stanach, jak i tu w Polsce. Wielki szacun! Ja odpadłam. Wybrałam bycie większością u siebie. Na dłuższą metę chyba inaczej nie umiem.
 

Ku pamięci:
Zaraz po powrocie
 

A nawet trochę wcześniej
I jeszcze niemal zaraz po wylądowaniu

 

niedziela, 28 czerwca 2015

Zapuszkować czas


Jeśli można zapuszkować czas, to właśnie w taki sposób. Nie wiem dla kogo bardziej łapałam w kadrze te scenki: dla nich, czy dla siebie? Ale cieszę się, że są, że zdążyłam z pomysłem i wykonaniem na koniec przedszkolnego etapu. Dla nich to całe ich życie teraz i wczoraj. Dla mnie to całe życie teraz i wczoraj.

Kawałki tych beztroskich, przedszkolnych dni zapuszkowałam w filmie. Za dwa dni trojaki skończą przedszkole. Najpierw długo było domowe, a przez ostatnie dwa lata to prawdziwe, ukochane. Skończymy ten etap raz na zawsze.

I tak bardzo mi szkoda...

Znajome zakręty zastąpimy innymi. Buzie wydorośleją. Rutyna dnia też będzie inna. Niedługo spojrzymy na klatki filmu z zaskoczeniem, odkryjemy jak bardzo zmienili się przez rok, dwa albo dziesięć. Samo życie. Normalny bieg rzeczy.

A jednak warto, warto łapać czas w kadrze, na papierze, na płótnie, w szufladzie. Warto chować głęboko. Tygodnie uciekają jak zwariowane a dzieci zmieniają się z soboty na niedzielę... Nie pojmuję, jak niedawno byli jeszcze tacy mali i tacy... trudni.







piątek, 16 stycznia 2015

Brak informacji


Po pierwsze, witam serdecznie Panstwa zagladajacych tu - czesciej lub coraz rzadziej - w oczekiwaniu na cos. Cokolwiek. Byle nowego. Byle prawdziwego.

Nowego u nas to tyle, ze padlo mi noworocznie zasilanie laptopa, pisze wiec owo sprawozdanie na starym kompie wielkosci wanny rodzinnej, na ktorym ni chu chu nie potrafie wlaczyc polskich liter. Wiec jakby co - nie z lenistwa ta notka wyglada tak, jak wyglada...

Drugiego nowego u nas to tyle, ze dzis znowu na silownie nie poszlam. A mialo byc tak pieknie...

Z nowosci (?) to jeszcze, ze staro sie czuje i zazdroszcze wszystkim dokola brzuchow ciazowych i zalegajacych w nich niemowlat. Zaraz mi sie Kuba na prawo jazdy zapisze i tyle bede miala z bycia Mloda Mama Kleski. Noge ma 40stke, lat 9, a mierzy prawie 160cm.

Po stokroc sie ciesze, ze naiwna nie bylam i nacieszylam sie w domu dziecmi, jak male byly! Bo to mozna ludziom do glowy lopatami klasc, ale na prozno. O trzeciej w nocy nikt pochylony nad dzieckiem zaplutym mlekiem zwrotnym nie wierzy tak naprawde, ze to se ne wrati, ze szybko przeleci (nie mleko), ze carpe diem i carpe noca tez, nawet jak noc zapluta i smierdzaca. Bo potem juz noga czterdziestka za lat pare i wstyd matke przytulic na pozegnanie pod szkola.

Czyli znowu przerabiamy kryzys wieku sredniego, jak to zwykle ostatnio u mnie na urodzinowa wiosne (oj, namieszalo i mnie to globalne ocieplenie styczniowe).

Brak informacji to tez informacja. Odezwe sie, jak mi przejdzie.


To moze zbiore sie jednak na te silownie... 

środa, 12 lutego 2014

My life, my schedule.



Natknęłam się na stary folder pt. 'Przyjęcia' na archiwalnym dysku. Ten grafik poniżej jest sprzed Thanksgiving 2009 roku, czyli wtedy, kiedy trojaczki nie mały nawet roku, Kuba miał niecałe cztery, ja nadal pracowałam zawodowo na pełen etat, a do tego byliśmy w trakcie sprzedaży domu w USA [klik na starego bloga] i przewalaly sie przez niego tłumy zwiedzających.

Patrzę na tę tabelkę i nie wierzę. Że dałam radę, że mi się chciało i że potrafiłam tak dokładnie wszystko zaplanować i zorganizować. Że od 17-stej to już szaleństwa, o 12:30 spanie a o 15:45 przebieranie pieluch :)

Gdzieś mi to uciekło. Ostatnio nic mi sie nie chce. A już najmniej przyjmować gości. Mam nadzieję, że to się zmieni, bo kiedyś mój dom, czy to w USA czy w PL, słynął z fajnych przyjęć. Starość??



środa, 11 września 2013

O tym, co się zmieniło albo i nie


Wkurzają mnie opowieści okołowrześniowe przemielone wielokrotnie na blogach i facebooku przez znajome matki wyzwolone wrześniowo od uciążliwych wakacji z dziećmi tudzież dziećmi w wakacje.

Niezmiennie nie rozumiem i nie planuję zdania zmieniać na temat rodziców, którym dzieci własne przeszkadzają, zawadzają, które od rodziców - o zgrozo! - czegoś ciągle wymagają. Bo są.

Dlaczego tak bardzo chcemy żeby ich nie było? Naprawdę? Nie da się dzieci mieć i cieszyć nimi w ich obecności, nie tylko gdy są daleko? W jakim ja świecie żyję i dlaczego lubię, tak bardzo lubię [i cenię sobie] towarzystwo swoich dzieciaków? Co poszło ze mną nie tak?

W mojej bajce trojaczki poszły od września do przedszkola, Kuba jest w drugiej klasie. Od 9 do prawie 15 jestem sama i nie czuję większej różnicy. Tęsknię za obecnością dzieci, za ich towarzystwem, za pełnym domem, w którym dzieci. Robię prawie to samo, różnica polega na tym, że mogę umówić się do fryzjera na 12 w południe a nie na 19 kiedy wróci mąż. Większych różnic nie widzę, nadal muszę zrobić zakupy, skosić trawę, odśnieżyć (już niedługo!) popracować zawodowo nad tłumaczeniami, nadal muszę ogarnąć dom, ogród, zwierzaki, zrobić pranie, ugotować, coś upiec, pozmywać, zaplanować logistykę i zorganizować czas sześciu osób. Nadal prowadzę blogi, co wymaga czasu, wciąż piję o dziesiątej kawę z przerwą na dłuższą lub krótszą lekturę internetową. Nadal czytam. Nadal z psem spaceruję. Nadal nie oglądam tv.

Od kiedy dzieci skończyły magiczne trzy lata, nigdy mi w tej domowej codzienności nie przeszkadzały. Mam teraz ciszej i czyściej, to pewne. Ale tylko do 15 więc co za różnica? Pewnie, że zakupy robione samemu są sprawniejsze ale te robione z dziećmi są... fajniejsze. Lubię wysyłać ich w naszych delikatesach po sprawunki, jedno szuka jogurtów, drugie bananów, trzecie pakuje jabłka na wagę, czwarte stoi w kolejce do wędlin... Dla nich to nauka samodzielności, dla mnie pomoc, no dobra trochę więcej zachodu z ogarnięciem, ale robi się z tego fajna wycieczka. Po zakupach można było pojechać na plac zabaw albo do Krakowa na lody, mieliśmy czas dla siebie, cały dzień na dowolne zagospodarowanie.

Nie pojmuję tych, którzy twierdzą, że bycie w domu to rutyna! Rutyna to jest jak trzeba co rano się sprząść, wywieźć dzieci i siebie do pracy a tam robić to samo od - do pod czyjeś dyktando. Dom to jest dom - w domu się jest panem własnego czasu, jak się chce to się pracuje, jak się nie chce to się leży i czyta a zrobi się kiedy indziej.

A tak, jest jeszcze jeden plus przedszkola - po tygodniu zachorowali i zostali ze mną w domu :)))



 
 

piątek, 12 lipca 2013

Wakacje z dziećmi




Tata wyjechał i pogoda nad morzem się spsuła. Przerzuciliśmy się więc z rowerów na samochód i zwiedzamy.

Ogrody Hortulus w Dobrzycy dzieci przemierzyły z prędkością światła, bo dla dzieci naturalnie mało tam atrakcji, nad rabatkami oraz malowniczymi zakątkami raczej nie będą się pochylać w tym wieku. Ale wytrzymały, pobiegały, nie zmokły. Skansen Wypieku Chleba w Ustroniu Morskim nie zachwycił, wycieczka do Mielna też nie bardzo, ot nadmorskie miasteczko jakich wiele, przepełnione ludźmi i handlem. Skończyliśmy na znajomych kulkach w Kołobrzegu.

 Za to spontaniczna podróż PKS-em, jeszcze za ładnej pogody sprzed trzech dni, na pewno zapadnie dzieciakom w pamięć. Tego dnia zaplanowałam małą wycieczkę brzegiem morza, wyjątkowo bez rowerów, za to pieszo i z planowanymi przystankami na odpoczynek i zabawę nad wodą.

Wyruszyłam z dziećmi z Kołobrzegu po obiedzie o 14:00. Po blisko czterech godzinach okazało się, że przeszliśmy spory kawałek bo znaleźliśmy się w ... Dźwirzynie, pokonując 12 kilometrów plażą! Dla zdrowego dorosłego niewielki to wyczyn, za to dla cztero i pół latka i owszem. Nawet siedmio i pół latek pod koniec wymiękał.

Po drodze mieliśmy kilka przystanków, dzieciaki taplały się w wodzie, bawiły, odpoczywały, nie maszerowaliśmy cały czas. Spotkała nas też przygoda: w pewnym momencie między Grzybowem a Dźwirzynem nieoczekiwanie zaczęła się plaża nudystów. Trochę pytań się posypało w sprawie gołych pań i panów, padła też propozycja od jednej z moich córek abyśmy i my się rozebrali, na szczęście po kilkuset metrach plaża golasów się skończyła, a nasze, skąpe skądinąd, ubrania nadal przykrywały to, co przykrywać w zamiarze miały.


Już w połowie drogi zdałam sobie sprawę, że jeśli nie zawrócimy teraz, o drodze powrotnej brzegiem morza nie ma mowy. Po pierwsze zabrakło by sił, po drugie - czasu przed zmierzchem. Wymyśliłam, że wrócimy do Kołobrzegu autobusem i to dodało dzieciom skrzydeł. Trojaczki, co tu kryć, nigdy jeszcze prawdziwym polskim PKSem nie jechały.

Jak postanowiliśmy, tak zrobiliśmy - po dotarciu do Dźwirzyna odczekaliśmy chwilę na przystanku, po czym wsiedliśmy do autobusu PKS Trzebiatów-Kołobrzeg. Zmęczeni ale rozchichotani od trzęsawki w starym autobusie dojechaliśmy na kołobrzeski Dworzec Główny, skąd za 15 złociszy wzięliśmy taksówkę do naszego pensjonatu.

O 19 byliśmy na miejscu, w sam raz na Pingwiny z Madagaskaru - dzień dzieciaki zaliczyły więc do udanych :)

Myliłby się jednak ten, kto by pomyślał, że po takiej wyprawie dzieciaki padną. Po Pingwinach Karolinka zapragnęła odszukać na plaży zagubiony podczas spaceru kapelusik, podjechaliśmy więc znowu na plażę w miejsce gdzie panna podejrzewała, że go zawieruszyła, przeszliśmy trochę nic nie znajdując a w drodze powrotnej państwo zażyczyli sobie gofrów.

Do domu wróciliśmy późno :)


Wczoraj natomiast wybraliśmy się na rowery i jakoś tak dobrze się nam z Kubusiem jechało, że dojechaliśmy aż za Rogowo robiąc w sumie 34 kilometry, przy czym do mojego roweru doczepiona była trójka dzieci. Myślę, że to już ostatni rok kiedy ciągnę całą trójkę (jedno w siodełku a dwójkę w przyczepie), trojaki urosły ostatnio sporo, zrobiły się dużo cięższe i ciągnięcie za sobą 71 kilo ciałka nie jest już takie łatwe...

Na szczęście wysiłek fizyczny rekompensują mi miny i komentarze mijanych osób. Jak się ktoś zorientuje ile osób za mną siedzi, lecą ochy i achy jaka fajna wycieczka, ale pani to się napedałuje, ojej, zobacz raz, dwa i trzecie jeszcze siedzi! A mnie skrzydła rosną i już nieważne, że wyglądam jak wieloryb na tym rowerze, czerwona z wysiłku i jak kwoka z kurczętami.

Kubuś dotrzymuje mi kroku i widzę, że rower lubi. W tygodniu kiedy był z nami tata, często jeździliśmy wcześnie rano lub późno wieczorem we dwoje na kilkudziesięcio- lub kilkunastokilometrowe wycieczki we dwoje, podczas gdy tata z trojakami jeszcze/już spał. Kuba to mój kompan w spontanicznych wyprawach i wspaniały przyjaciel. Jest chętny każdemu wyzwaniu i uwielbiam w Nim ten typ podróżnika. Dla porównania, Jego brat Filip ma całkiem inny temperament - dom, mama, tata, łóżko i znajome kąty to Jego królestwo.

Kuba jest też niezastąpiony przy obsłudze trojaczków. Często słyszę pochwały od znajomych i nieznajomych o tym, jak sobie świetnie radzę z logistyką i ogarnięciem czwórki dzieci. Nieskromnie powiem, że wyćwiczyłam się w tym na piątkę z plusem i nie ma dla mnie rzeczy niemożliwej do zrobienia z czwórką dzieci, jakiej nie można zrobić z dwójką lub jednym. Prawda jest jednak taka, że bez Kuby nie radziłabym sobie tak dobrze. Kuba przypilnuje, zaprowadzi, zaopiekuje się kiedy trzeba, popilotuje małego uciekiniera peletonu podczas samodzielnego kołowania, a na naszych wycieczkach z przyczepką na przykład to ja stoję pod sklepem trzymając rower z dziećmi a Kuba wchodzi do sklepu robiąc zakupy typu woda, owoce, coś do zjedzenia. Dzisiaj na kulkach trzy razy zaprowadzał całą trójkę do ubikacji podczas gdy ja przez dwie godziny czytałam książkę przy stoliku obok. Kuba to naprawdę złote dziecko i wspaniały straszy brat! Wiem, że zawsze mogę na Niego liczyć.








W tym całym cudownym (dla mnie) spędzaniu czasu z małymi, fajnymi ludźmi, z którymi przeżywam tyle przygód, zastanawia mnie moda panująca w hotelach na animację/opiekę dla dzieci podczas wakacji. Nie chcę myśleć negatywnie o rodzicach, którzy decydują się pojechać na wakacje rodzinne by potem oddać dziecko pod opiekę obcej osoby. Próbuję zrozumieć motywy, że z dzieckiem nie da się pewnych rzeczy zrobić, że trzeba się do niego dostosować, dopilnować, że trzeba też czasem wyczarować czas tylko we dwoje, złapać oddech. 

Ale potem myślę sobie o nas - ile ja bym dała, żeby mieć takie wakacje co roku! Z dziećmi właśnie i DZIĘKI dzieciom właśnie. Bo tylko z nimi mogę pochylać się nad ślimakiem na ścieżce rowerowej by przenieść go na drugą stronę drogi, bo tylko z nimi mogę taplać się w piasku budując twierdze nad brzegiem morza, tylko z nimi mogę być alfą i omegą, najważniejszą i najwspanialszą istotą pod słońcem. Dzieci to cudowny lek. Błogosławieństwo. I szkoda mi tak naprawdę rodziców, którzy jeszcze o tym nie wiedzą, tych którzy w dzieciach ani w sobie nie potrafią tej przygody i błogosławieństwa losu odkryć. I przestawić własne myślenie z dzieci, które przeszkadzają na dzieci, które nas rozwijają. Czy wkrótce rodzice tych "zaopiekowanych" dzieci dołączą do grona babć i dziadków zwariowanych na punkcie (dopiero) wnucząt, przepełnionych wyrzutami sumienia, że dla własnych dzieci nie mieli ani tyle serca ani czasu?








Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...