Trzeci tydzień nad Bałtykiem zaczynamy deszczem. To dobra okazja, by spisać wrażenia z wakacji.
W tym roku tak zwane wczasy spędzamy znowu w Kołobrzegu, trzeci raz z rzędu, w tym samym miejscu ale chyba... ostatni raz na jakiś czas. Wszystko tu już znamy. Odkryliśmy, co dało się odkryć i rutyna, choć przyjemna i wygodna, zaczyna nieco męczyć. - Nuda - stwierdził Kuba, gdy tata odleciał na projekt do Kataru po pierwszym tygodniu. Nie ma już z kim zostawić młodych i pojeździć z matką rowerem po okolicy (z Kubą robiliśmy po 50-60 km dziennie).
W poprzednich latach woziłam maluchy w przyczepce i w siodełku, więc dłuższe dystanse nie były problemem. Kuba był szczęśliwy, ja byłam szczęśliwa, trojaczki też, aktywny wypoczynek nam służył. Ciągle odkrywaliśmy jakieś nowe plaże, zapomniane i puste. W tym roku przyczepka została w domu, dzieciaki są za ciężkie i za duże, żeby je wszystkie trzy ciągnąć za sobą.
Za to przeskok z czternastocalowych rowerków z bocznymi kółkami na dwudziestocalowe, duże rowery (ale jeszcze bez przerzutek) nie był aż tak rewolucyjny, żeby pięcioipółletnie dzieci jeździły z nami długodystansowo. Dwa razy przejechałam z nimi 26 km [do Dźwirzyna i spowrotem] i choć dawały radę i pedałowały dziarsko, na propozycję trzeciego wypadu już nie przystały, twierdząc, że rowery to samo zło... Przesadziłam i mam teraz trójkę zmęczonych i jednego znudzonego człowieka na stanie. A sama kręcąc się kolejny dzień stacjonarnie od budki z plastikiem do budki z fast foodem, wśród tłumu ludzi, zaczęłam dostrzegać mankamenty pobytu tutaj. Takie wakacje to nie dla nas. Musi być i aktywnie, i w zgodzie z naturą, i ... coś nowego :)
Czas na zmiany. Jeszcze tydzień w Kołobrzegu a potem jedziemy na wschód do Słowińskiego Parku Narodowego zapoznać się z terenem i zaplanować coś nowego na przyszłe wakacje.

























