Ostatni tydzień września spędziliśmy na Istrii w Chorwacji. Korzystając z niewielkiej odległości dzielącej nas od Wenecji, wybraliśmy się do miasta na wyspach w piątek 26 września. Jak się okazało, był to dzień, w którym do Wenecji, na ślub roku, zjechali także państwo młodzi: George Clooney i Alama Alamuddin oraz ich goście.
Kiedy następnego dnia dodałam rodzinne zdjęcia z Wenecji na swój profil facebook'owy, koleżanka lepiej zorientowana w sprawach sercowych amantów wielkiego kina zapytała, czy byliśmy zaproszeni do Wenecji na ślub George'a i Alamy. Niezłe poczucie humoru ma dziewczyna :)
Ale kiedy chwilę potem otworzyłam gazetę i zobaczyłam zdjęcia szpakowatego George'a Clonney z narzeczoną na motorówce w Wenecji, rzuciłam ponownie okiem na facebookowe zdjęcia mojej piątki, porównałam, spojrzałam raz jeszcze i wiecie co? Doszłam do wniosku, że mam całkiem przystojnego prywatnego 'George'a' na stanie od lat i spokojnie mogłabym Go podmienić na okładce czasopisma jako amanta filmowego :)
Więc nie, nie byliśmy zaproszeni na [kolejny] ślub najprzystojniejszego mężczyzny świata ale Wenecja, oprócz zachwytu nad miastem, jaki nam podarowała, okazała się także miejscem, w którym romantyczny nastrój udzielił się i mnie, i w którym mąż jakoś szczególnie ładnie mi się komponował :)
A Wenecja sama w sobie też piękna, prawda?
















