Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą szkoła. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 14 stycznia 2018
poniedziałek, 26 października 2015
Obok książek do swej teczki wcisnął Grzesio...
Grzesio wcisnął dwie bułeczki a my wcisnęliśmy troje trojaczków do jednej z dwóch klas pierwszych w nowej, małej szkole, do której od momentu jej powstania chodzi też starszy Kuba. Klasy te w zeszły wtorek świętowały na galowo tak zwane pasowanie na ucznia.
Co oni tam ślubowali podczas pasowania? Być
grzecznym i pilnie się uczyć? Czy powinnam poprosić o wydruk i
zażądać podpisów? O ile mnie pamięć nie zawodzi, Starszy też naobiecywał sporo
przy okazji pasowania na ucznia trzy lata temu. Jak to czas rewiduje obietnice,
prawda?
Ale przynajmniej tym razem ja nie dałam plamy, jak przy
pierwszym podejściu w roku dwunastym. Pasowanie na ucznia w klasie trojaczków przebiegło
spokojnie. Nie płakałam, nie ciągnęłam nosem, nie podcierałam oczu. Jest coś
magicznego w tych pierwszych kroczkach, pierwszych ząbkach, pierwszych pasowaniach na ucznia i pierwszych... jedynkach :) Potem to już idzie jak z płatka. Przy czwartym weselu to już pewnie będę ziewać, co?
środa, 2 września 2015
First day(s) at school
Klasa I i klasa IV.
Mam wrażenie, że niewiele czasu minęło od mojego powrotu z porodówki z kilkoma zawiniątkami na rękach, a Oni już się do szkoły wybierają. Z uśmiechem na ustach w dodatku.
Ekscytacji nie ma końca - szkoła wyczekana, wyśniona i wspaniała. Oby ten sen trwał jak najdłużej!
wtorek, 5 maja 2015
Szkoła za pasem
Jakże inaczej wyglądają przygotowania przed pierwszą klasą z trójką dzieci.
Z Kubą wchodziliśmy w pierwszą klasę na żywca. Mały Kuba miał przede wszystkim czas na zabawę w przedszkolu i w domu. Do czytania Go nie ciągnęło, od książek ważniejsze były wyprawy w nieznane z psem, mamą i rodzeństwem. Tak było dobrze, tak moim zdaniem powinno wyglądać wczesne dzieciństwo.
A jednak w szkole tempo okazało się szybkie. Co prawda we wrześniu 2012 rzeczywiście Kuba nie musiał umieć czytać ani pisać, ale w listopadzie już tak ;) Zaczął się wyścig z czasem, bo polska szkoła to nie przelewki i zaraz się okazało, że trzeba czytać lektury, rozwiązywać pisemne testy z angielskiego a dziecko ledwo to ogarnia. Pierwszą klasę pamiętam głównie z długich popołudniowych godzin spędzonych z Kubą na nauce.
Z trojaczkami takiego tempa sobie nie wyobrażam, zaczęliśmy więc odrabiać "zadania domowe" wcześniej. Czytamy, piszemy, rysujemy, liczymy. W przedszkolu są równie dobrze przygotowywani, więc czytanie i pisanie nie będzie dla Nich taką nowością. Poza tym chęci są przeogromne, nowe tornistry prawie nie znikają z trojaczych plecków, piórniki przygotowane, dzieciaki czekają tylko na START.
Ooooooby do września!
wtorek, 28 stycznia 2014
Brzydkie Kaczątko
W pierwszej klasie wystawiana była Królowa Śniegu i Calineczka, teraz klasa Kuby wystawiła Brzydkie Kaczątko. Co przedstawienie to lepiej, dzieciaki niesamowicie są zgrane ze sobą i tworzą niezły zespół. Nie tylko aktorski :) Spadła nam ta szkoła [i pierwsza, pionierska sześcioosobowa klasa] chyba z nieba...
środa, 24 października 2012
Stadne darcie pierza, czyli piątkowe rozrywki w kurniku.
Zaczęło się w piątek od darcia pierza.
Dokładnie to nie pierza a raczej ziemniaków i nie darcia a od tarcia się zaczęło.
Ale o darciu [się] też będzie pisane.
Piątki, zgodnie z podziałem godzin w szkole, wieńczą tygodniową edukację pierwszoklasistów wyjazdem na jeden z krakowskich basenów. Po basenie dzieciaki wracają do szkoły lub są odbierane przez rodzica bezpośrednio po zajęciach pływackich. Jakoś tak się utarło, że trójka naszych skumplowanych od przedszkola chłopaków odbierana jest przez którąś z mam, po czym w losowo wybranym domostwie następuje kulminacja szaleństw w wykonaniu trzech niezaprzeczalnie aktywnych siedmiolatków, zwolnionych od prac domowych na rzecz nadchodzącego weekendu.
W zeszły piątek padło na nas. Dołączył do nas czwarty (i ostatni) chłopak z klasy z mamą, młodsze rodzeństwo od każdego, w sumie cztery kobiety, jedenaścioro dzieci, kot, pies, kret, biedronki i chyba jeszcze jakieś myszy (Kowalski jak dotąd upolował aż jedną).
Popołudnie było ciepłe, wygoniłyśmy kogo się dało na podwórko a same skierowałyśmy się do kuchni.
Z obserwacji własnych, choć niedokładnych, wynika, że wspomniane wyżej darcie [się] osiągnęło apogeum po jakiejś godzinie od momentu wypędzenia, kiedy to czterech starszych chłopców uzbrojonych po uszy w karabiny i pistolety wyrobu własnego tudzież plastikowego, zagoniło w kozi róg młodszych i nie było już wyjścia jak ogłosić rozejm. Zapomniałam dodać, że zwabiona hałasem (czytaj: dobrą zabawą) dołączyła do nas młodzież sąsiedzka, chwilowo miałyśmy więc piętnastkę dzieci pod - powiedzmy - opieką, czy raczej dobrą setkę, sądząc po odgłosach :)
Matkom-koleżankom wręczyłam po fartuchu, placki ziemniaczane szuk milion starte i usmażone zostały, w międzyczasie parę kilko jabłek na jabłecznik dwie pary rąk przygotowały, ciasto ugniotły, ktoś zmywał, wycierał, ktoś mieszał, któraś smażyła, szarlotka już prawie gotowa, przerwa na kawę, dzieci partiami nakarmione, przenieśliśmy się do domu, październikowe wieczory tak szybko witają już chłodem.
Rozpierzchły się nam jakoś te dzieci po kątach domowych, dołączyła piąta kobitka-sąsiadka, chłopów niet, tematów do obgadania nie brakuje, nagadać się nie możemy, kto nie jedzie popija procenty, kto jedzie niech żałuje, śmiech, żarty, było tak miło, że powtórki doczekać się nie mogę.
Zgodnie stwierdziłyśmy, że babskie wieczory domowe połączone ze stadnym darciem pierza to jest to, co w tej chwili cieszy nas nieziemsko. Dzieciaki nie przeszkadzały, zajęte sobą i stadną [again] zabawą w przedszkole, dom, gotowanie, wycieczkę, ciuchcię, fryzjerkę, kombojów i papipenów (czyt. spidermenów). A my mogłyśmy nadelektować się rozmową, uwagami nt. szkoły, wychwalaniem pod niebiosa mężów (no przecież czytają, halo!), wspólnym działaniem i swoim towarzystwem. Fenomen atawistycznej potrzeby wspólnoty doświadczeń?
Też mi rozrywka, ktoś powie, babski wieczór przy garach i z kupą dzieciorów do ogarnięcia. I w sumie racja. Nic specjalnego, żadnych fajerwerków, zero wielkich wyjść i wielkich ucieczek z domu do ludzi. Parę lat temu pokręciłabym pewnie nosem na taki 'luksus', być może za parę też pokręcę. Ale na wszystko w życiu jest czas, banalnie. Na dziś, spędzony w towarzystwie fajnych babek i dzieci, wieczór w kuchni był dla mnie prawdziwym luksusem. Odpoczynkiem, o ironio! Relaksem duszy, bo ciepła, pełna ludzi kuchnia i rozświetlony dom wypełniony gwarem dzieci zawsze kojarzyły mi się ze szczęściem, z ciepłem i taką zwyczajną, fajną rodziną. Może dlatego tak bardzo lubię zaglądać ludziom w oświelone okna na wieczornym spacerze? :)
Tak było w piątek. A dziś?
Dziś, tak jak wczoraj, i tak jak przedwczoraj, stoję w kuchni przy zaprawach. Zaczęło się od piątkowego odkrycia tajemnicy najlepszej w świecie szarlotki naszej przyszywanej babci z Gdańska (mamy Ivo). W sobotę z rana kupiłam 40 kilo szarej renety i wzięłam się za robotę. Czy musze dodawać, że mus jabłkowy śni mi się po nocach?
sobota, 20 października 2012
Ważny dzień
Ja to się jednak na matkę nie nadaję. Pokażcie mi moje dziecko na galowo i już ryczę...
A okazji ci u nas sporo. Ostatnio: ślubowanie pierwszoklasistów.
Stoję i płaczę przy pierwszych taktach Mazurka Dąbrowskiego. Łzy ukradkiem próbuję ocierać ale po co, i tak wszyscy widzą. Wzruszam się, że syn mój Amerykanin, co od małego w amerykańskim żłobku a potem przedszkolu całe dnie spędzał i na amerykańską flagę co rano wierność przysięgał (tam już od przedszkola jadą z "I pledge allegiance to the flag of United States of America") [do wglądu tutaj na 1:19], i który ledwo co po polsku poprawnie komunikował się z otoczeniem dwa lata temu, teraz Mazurka pełną piersią, dwie zwrotki i co z tego, że z fałszem.
I w ogóle ósmy cud świata z tej mojej Kluseczki. Takie Maleńkiej a Takiej Wielkiej przecież.
I to, że najwyższy i najprzystojniejszy (sic!)
I to, że najpewniejszy siebie (sic!)
I to, że najładniej recytuje (sic!)
I to, że najlepszą ma dykcję (sic!)
I to, że najgłośniej i najwyraźniej (sic!)
I to, że tak ładnie stoi, wyprostowany (sic!)
I to, że trema Go nie zjada (sic!)
I to, że nieobiektywnie to wiadomo :)
Budyń w miejscu zwojów i zaćmienie totalne umysłu ogarnia mnie w takich momentach. Dumnam, głucham (na fałsze), ślepam, wzruszonam i pochlipującam, także prawdopodobnie od przyszłej akademii przestaną mnie zapraszać.
Ps. A tak na marginesie, marzeniem Kubusia od momentu zaślubin jest, by Dobrym Polakiem Być. Co w rozwinięciu przez bohatera znaczy Żonę Dobrą i Auto Dobre Mieć. Koniec cytatu.
Także w oparciu o priorytety Młodego spokojnie uznać możemy, że prawdziwym Polakiem jest już na pewno :)
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)


















































