niedziela, 19 maja 2019

Crazy is my life…



Z serii: Wspomnienia

20 lipca 2009

Czasami rzeczywiście bywa u nas crazy. Tak jak w sobotę. Ja z Karolinką jeszcze w szpitalu, czekamy jak na szpilkach na wypis po piątkowej operacji dwóch Tosinych przepuklin. W domu mąż miota się z resztą dzieci, starszy syn powinien już dawno drzemać i odpoczywać przed popołudniową imprezą, Gabrysia z Filipem ząbkują, kichają, smarkają, o dziesiątej przyjeżdża pani K. do sprzątania i nie wie od czego zacząć, taki chaos dokoła. Pies wymiotuje, telefon dzwoni bez końca, lodówka pusta…. 

Crazy, crazy is our life.  

No ale nic nie trwa wiecznie. Pogoda się psuje, co zmusza doktora do zakończenia gry w golfa, przyjazdu do pracy na jedenastą i wypisania Karolinki. Dzięki, chmurko! Wracamy z pacjentką do domu. Biorę prysznic po nieprzespanej na szpitalnej pryczy nocy, pakuję prezenty urodzinowe, torby z jedzeniem Gucia, tudzież z odzieżą kąpielową, osobistą i zmienną wierzchnią dla obu panów, ubieram Filipa, Kubę, i jadę z chłopakami na przyjęcie urodzinowe przyjaciela z przedszkola. Chmurki już nie ma, słonko świeci, blado-bo-blado, ale dzieciaki w najlepsze chlapią się w basenie i walą po głowach.  

Kuba udowadnia po raz kolejny, że do dzieci z grupy nieśmiałych, takich co to na uboczu kurczowo maminej trzymają się spódnicy, on należeć definitywnie nie będzie. Powiedzmy tylko, że ON dobrze się bawił. A ja? No cóż, trochę się wstydu najadłam. Będzie nad czym pracować przez lato – bo można by przecież trochę ciszej i ogólnie trochę mniej Kubusia dokoła…

W niedzielę wcześnie rano, spakowani w cztery tobołki, aparat i obiektywy, wyruszamy w trasę 5-kilometrowego biegu obok (za) 8 tys. ludzi z mojej firmy. Zjechało toto do Milwaukee w Wisconsin z całych Stanów na okoliczność corocznej imprezy propagandowej prania mózgów. Bieg jest częścią tej szopki, a my w niej… dobrowolnie uczestniczymy. Jak co roku od 8 lat. Już po kilku krokach Kuba obwieszcza, że musi siku, w związku z czym zatrzymujemy siebie oraz wóz trojański i szukamy ze starszym ubikacji. Trochę to trwa, trwa i trwa, więc po wyjściu widzimy już tylko plecy biegnących. Daleko przed nami. Jesteśmy na szarym końcu. Skracamy sobie trasę na ukos po trawie, nie chcemy być ostatni, żeby nie skupiać na sobie uwagi. Chcemy wmieszać się w tłum.     

Marzenia ściętej głowy. Ostatni czy nie, uwagę na sobie skupiamy. Na mecie witają nas brawami. Po raz pierwszy chyba czuję się jak celebrity. Kiedy przekraczamy linię mety, konferansjer obwieszcza przez megafony, że oto trojaczki ukończyły bieg, że brawa dla mamy, rozlega się burza oklasków, trzech firmowych fotografów (z całkiem dobrym sprzętem, obiektem moich westchnień) robi nam zdjęcia, prosi o uśmiechy, każe pozować. W tle brawa, okrzyki… A ja myślę tylko o tym, że trzeba było wstać o 5-tej i jednak zrobić ten makijaż, teraz w firmowym intranecie będę oglądać swoje zdjęcia na żywca! Kubuś jest nachmurzony, nie podoba Mu się ta cała feta na cześć trojaczków. Jedna pani zagaduje go o śmieszne, kolorowe buty, jakie ma na nogach (dzięki ci, kimkolwiek byłaś, rezolutna kobieto!) i dopiero to poprawia Mu nieco humor. Potem dostaje jeszcze ciastko, dwa i już jest lepiej. 

Maluchy skończyły wczoraj siedem miesięcy. Oto skrót najnowszych wiadomości (wiem, ślepa zauroczona matka, zero obiekywizmu, wiem, wiem. Ale mój to pamiętnik, i o moich to dzieciach, więc wolno mi!). 

Filip jest piękny i siedzi. Gabrysia jest piękna i śmieje się ze wszystkiego jak szalona. Karolinka jest piękna i  w piątek po operacji powiedziała po raz pierwszy „mama”!! Bujałam ją niemal cały dzień w szpitalu, wtuloną w moje ramiona, biedną w bólach od nacięć, cichutką, spokojniutką, poważną. Ona wpatrzona we mnie jak w obrazek, zauroczona i widać zachwycona tą niespotykaną sytuacją – tylko Ona i mama! Tak blisko, razem, tak dobrze, błogo i ciepło. Wpatrzona tymi wielkimi, pięknymi oczyskami, wtulona wyszeptała dwa razy maamaa i serce podeszło mi do gardła, gula puściła i sobie zapłakałam. Moja kochana, dzielna kruszynka… 

Kuba jest piękny i (znów) cudowny z młodszym rodeństwem. Uwielbia Filipa. Nierówno dzieli swoje zainteresowanie, nierówno okazuje uczucia, zawsze dla Filipka jakoś więcej ma serca, więcej zainteresowania i zrozumienia kiedy na przykład Gucio głośno zapłacze podczas JEGO bajki. Wymarzony starszy brat dla Filipa. A może to genetyczna męska solidarność? Bo kiedy gramy, jak co niedziela, w badmintona w ogrodzie, czy w wojnę wieczorami po kąpieli, Kuba z jakiegoś nieznanego mi powodu uważa, że tylko On albo tata mogą wygrywać. Jak wygram ja, to jest wielkie halo. Muszę się temu przyjrzeć z bliska i podpatrzeć (podsłuchać?), czy aby nie działa tu jakaś perswazja odgórna (taka z metra osiemdziesięciu czterech, na przykład).      

Zrobiłam dziś rezerwację na polu namiotowym, od środy ma być słonecznie, pogodnie i ciepło! Jedziemy na wczasy :) 

Na całe 3 dni.




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...