czwartek, 21 sierpnia 2014

Półkolonia żeglarska w Krakowie


Po powrocie z miesięcznych wakacji nad Bałtykiem, domu na podkrakowskim wzgórzu prawie nie poznałam. Ogród zlewany systematycznie w czasie Małopolskich nawałnic wystrzelił w górę i na boki, złapałam więc za sekator i tnę do dziś.

Roboty jest sporo; cięcie to najważniejsze zadanie w małym ogrodzie. Przynajmniej dla mnie :) Przycinam, formuję bez litości, wszystko ma być docięte, ujarzmione i niewybujałe. Przy okazji znalazłam nowe miejsca na obsadzenia, dokupiłam kilkanaście bukszpanowych kulek, trochę żurawek caramel, nową sosnę limbę, trochę kamyczków, surfinii na posezonowej wyprzedaży za kilka złotych, obsadzam, przesadzam... normalka.

W domu rzucam się chaotycznie od pokoju do pokoju, tak już mam, że po powrocie z podróży mam głowę pełną pomysłów, nieprzepartą ochotę na zmiany, oczyszczenie atmosfery i prześwietlenie najgłębiej schowanych pokątnie skarbów. Wyrzucam, sortuję, zamieniam, przestawiam. Oczyszczam dom z rupieci. A w głowie już sto pomysłów na nowości.

Podróże dobrze mi robią na pracę nad sobą i otoczeniem :) 

Dzieciaki przepadły po powrocie w swoich królestwach, niewidziane dawno zabawki zyskały na atrakcyjności, jest spokojniej i ciszej niż na wakacjach, bo towarzystwo rozeszło się po piętrach i mniej ich słychać. No, z wyjątkiem czasu ogrodowo-trampolinowego, bo wtedy drą się jak stado małp wypuszczonych z klatki...

Ale do rzeczy. Nie planowałam dzieci zapisywać na żadne półkolonie w Krakowie, bo uważam, że mają całkiem niezłe wakacje na licznych wyjazdach a przez te trzy tygodnie w domu będą mogli nieco... odpocząć, a czas wolny zorganizować sobie za pomocą rodzeństwa, kolegów, koleżanek i - dla starszaka szczególnie - sprzętów typu Xbox (Minecraft), tablet (Minecraft) i komupetr (Minecraft). Przez pięć nadmorskich tygodni miał Kubuś post Minecraft'owy, więc sobie chłopak teraz odbije, myślałam :)

Ale okazało się inaczej. W Hornie, klubie żeglarskim na krakowskich Bagrach, znalazło się wolne miejsce w turnusie półkolonii żeglarskich, na które zapisany był przyjaciel Kuby. Poszli więc razem, Kuba i Krzyś, woziliśmy ich na zmianę przez tydzień na 8 rano, odbieraliśmy o 17 i okazało się, że mój Kuba załapał bakcyla, bo najbardziej podobało Mu się w przedostatni dzień, kiedy wiała dobra czwórka ostrząc do piątki. A na małym optimiście cztery w skali Beauforta to już jest przeprawa. Szczgólnie dla żółtodzioba.

Zdjęcia są z ostatniego dnia półkolonii, w którym oprócz regat końcowych młodzież przeszła także chrzest żeglarski. Na ten chrzest dojechaliśmy wszyscy w piątkowe, świąteczne popołudnie i choć nie udało się nam pożeglować rodzinnie to zdjęć trochę mamy.

A co do żeglowania to nic straconego, bo jutro wyjeżdżamy na Mazury. Całkiem nowy rozdział z naszym życiu: żagle z dziećmi. Ahoj, przygodo!

Do zobaczenia.





(fot. Klub Żeglarski Horn Kraków)





(fot. Klub Żeglarski Horn Kraków)







Więcej informacji o Hornie tutaj.

środa, 30 lipca 2014

Słowiński Park Narodowy


Kiedy zeszłego lata pisałam o pięknych, (bo) pustych bałtyckich plażach, jakie odkrywamy podczas wakacji w okolicach Kołobrzegu, na Facebook'owy profil Klęski nadeszła wiadomość od Małgosi, opowiadająca o pustych plażach i pięknych ścieżkach rowerowych na terenie Słowińskiego Parku Narodowego. Małgosia polecała te okolice całym sercem i coś w duszy podpowiadało mi, że warto będzie się tam wybrać.

W drugim tygodniu tegorocznego pobytu w Kołobrzegu, kiedy dopadła nas rutyna i zdołowały tłumy plażowiczów dokoła, postanowiłam, że nadszedł czas odkryć nowe miejsca nad polskim morzem. Włączyłam komputer, wpisałam nazwę miejscowości poleconą przez Małgosię i zaczęłam dzwonić. 

Udało się dopiero przy siódmej próbie. Miejsc noclegowych nie ma tam sporo, tym bardziej ciężko było znaleźć coś na ostatnią chwilę dla większej rodziny.

I tak na czwarty tydzień nadmorskich wakacji jechaliśmy podekscytowani nowym ale też z obawami, czy nowe miejsce spełni nasze oczekiwania. A potem już nie mogłam sobie wyobrazić kolejnych wakacji bez tego miejsca. Ani jednej budy z muszelkami, z papieżem i termometrem w kształcie stateczku. Ani jednej lodziarni. Ani jednej wypożyczalni gokartów i zero cukrowej waty w promieniu 20 km. Jeden sklep, jednej bar, kilkanaście domostw. Kilometry ścieżek rowerowych ciągnących się przez sędziwe lasy i bory [czasem przez piaski też, dla całkiem niewprawionych rowerzystów bywa ciężko]. Wydmy, latarnia morska, jeziora. Puste lub prawie puste plaże, zwyczajni ludzie, z którymi dzieliliśmy wieczorami blask ogniska, pół ziemniaka albo zapiekaną na kiju kiełbaskę. Dzieci wsiąknęły na dobre. Spać kładliśmy się o północy, o dziesiątej rano brudne stopy nadal wystawały z pościeli, odpoczęłam tak, jak tylko mogłam. Potworne zmęczenie fizyczne po pokonaniu kilometrów leśnych ścieżek rowerami nagradzane było wielogodzinnym lenistwem plażowym, urozmaiconym budowaniem zapór chroniących nas choć trochę przed wiejącym ciągle wiatrem i zawirowaniami piasku.

Trzeba taki typ wypoczynku lubić, by pokochać Słowiński Park Narodowy. To nie jest miejsce dla każdego. Trudno dostać się na plażę, trudno na niej wysiedzieć (jak tam wieje!), nie za bardzo jest gdzie się wyżywić, warunki w większości gospodarstw też raczej skromne. Ja tak właśnie lubię. To takie moje nowe, nadmorskie Bieszczady... Dziękuję Ci, Małgosiu, za polecenie i do zobaczenia gdzieś na ścieżkach w przyszłym roku. W poszerzonym gronie :) 


















































Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...