wtorek, 2 września 2014

Żagle z dziećmi


Pierwsze koty za płoty. Ostatni tydzień wakacji spędzony w okolicach Augustowa na pograniczu Podlasia i Mazur zaliczamy do wyjątkowo udanych. Mimo przelotnych opadów deszczu udało się nam dwa razy wypłynąć na żaglach, zwiedzić kilka parków narodowych (o tym będzie osobno, bo warto do nich zajrzeć), przejechać Mazury wzdłuż i wszerz, pomachać wiosłami w kajakach oraz odpocząć przy ognisku w towarzystwie... dziesięciu kotów z sąsiedztwa [w tym sześciu kociąt słodziaków - dzieci przeszczęśliwe].

A co najważniejsze, dzieciaki zapytane po powrocie do domu, czy mają jeszcze ochotę na żeglowanie, odpowiadają zgodnie: taaak! Czyli udało się ich nie zrazić do żagli i nie zanudzić pływaniem. A łatwo nie było.






W pierwszym dniu rodzinnego żeglowania, przy wyjściu z portu na żaglach (opcji wyczarterowania jachtu z silnikiem na Jeziorze Rajgrodzkim nie było) w wąskim przesmyku na szerokość dwóch i pół łódek, na odcinku osłoniętym drzewami i budynkami, zakręciło mi łódką tak, że wylądowałam najpierw na mieliźnie, potem się okręciłam i żaglówka stanęła na dobre w szuwarach. Niezły bigos na sam początek!

Wyciągał nas bosman pontonem na silniku i odholował z sitowia na jezioro. Pohalsowaliśmy już potem sprawnie ale niesmak pozostał. Cały czas myślałam tylko o tym, jak ja wejdę to tego ciasnego portu, skoro tak tam kręci. Trzy godziny minęły szybko, jedzenie się skończyło, zabawek w pierwszym dniu jeszcze żadnych nie zabrałam, postanowiliśmy wracać. Wysłałam męża pod pokład po pagaja i stwierdzam uroczyście oraz skromnie, że tylko dzięki asyście owych (pagaja i męża) daliśmy radę wpłynąć bez przeszkód do portu i zacumować przy kei już za drugim podejściem.

Dwa dni później wróciłam jednak (upewniwszy się u bosmana, że po wtorkowych przygodach jacht nadal chętnie nam wyczarteruje), by poćwiczyć znowu wychodzenie na żaglach. Tego dnia poszło mi znakomicie. Wypłynęłam na sześciu zwrotach, wpłynęłam na czterech, a pomiędzy tym były cztery godziny na jeziorze ze słabym wiaterkiem, idealnym do pstrykania zdjęć (hi hi), masą jedzenia dla załogi (woda wyciąga!) i zabawkami dla zabicia czasu, gdy wałówka się skończyła.

Udało się wrócić na czas, tuż przed głupawką, jaka ogarnęła młodzież najmłodszą przed wejściem do portu, także tym razem miałam ochotę użyć pagaja w zupełnie innym celu niż przewidziano, ale przecież dzieci bić wiosłami nie wolno ;)

Zachciało się nam po tych wakacjach żeglować więcej. Było lepiej, niż się spodziewaliśmy. Dzieci siedziały, kiedy miały siedzieć, słuchały, chichotały przy przechyłach, ciągnęły "sznurki" - nie zawsze te, co trzeba, jak widać na pierwszym zdjęciu - i ogólnie okazało się, że z czwórką dzieci w kokpicie nie jest źle, da się żeglować i nawet zdjęcia cykać. Kuba sprawdził się w trzymaniu steru na kursie, dobrze czuł wiatr i luzował grota, gdy było trzeba, jest materiał na żeglarza jak nic.

Może i na wrześniowych wakacjach w Chorwacji wypożyczymy coś i uda się pożeglować? A do Rajgrodzkiego domku* jeszcze wrócimy, sprawdzić jak się kocięta chowają. 


* Uwaga, to nie jest reklama. Tam naprawdę jest fajnie ;)






















Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...