niedziela, 28 czerwca 2015

Zapuszkować czas


Jeśli można zapuszkować czas, to właśnie w taki sposób. Nie wiem dla kogo bardziej łapałam w kadrze te scenki: dla nich, czy dla siebie? Ale cieszę się, że są, że zdążyłam z pomysłem i wykonaniem na koniec przedszkolnego etapu. Dla nich to całe ich życie teraz i wczoraj. Dla mnie to całe życie teraz i wczoraj.

Kawałki tych beztroskich, przedszkolnych dni zapuszkowałam w filmie. Za dwa dni trojaki skończą przedszkole. Najpierw długo było domowe, a przez ostatnie dwa lata to prawdziwe, ukochane. Skończymy ten etap raz na zawsze.

I tak bardzo mi szkoda...

Znajome zakręty zastąpimy innymi. Buzie wydorośleją. Rutyna dnia też będzie inna. Niedługo spojrzymy na klatki filmu z zaskoczeniem, odkryjemy jak bardzo zmienili się przez rok, dwa albo dziesięć. Samo życie. Normalny bieg rzeczy.

A jednak warto, warto łapać czas w kadrze, na papierze, na płótnie, w szufladzie. Warto chować głęboko. Tygodnie uciekają jak zwariowane a dzieci zmieniają się z soboty na niedzielę... Nie pojmuję, jak niedawno byli jeszcze tacy mali i tacy... trudni.







sobota, 20 czerwca 2015

The Netherlands


Czy można nie polubić Holandii? Pewnie można ale ten post nie będzie o tym. Będą ochy i achy, bo najzwyczajniej w świecie Holandia mnie oczarowała. Już nie podpowiadam Bartkowi Australii na kilkuletni wypad na kontrakt pracowniczy; teraz najchętniej zamieszkałabym tymczasowo w Holandii.

Odnalazłam się w tej przestrzeni jak mało gdzie w Europie. Ograniczenie prędkości do 50 km/godz.? Dobrze, pojedźmy 46 na wszelki wypadek. Przepuścić pieszych, rowerzystów? Proszę bardzo oraz dziękuję za uśmiech i pozdrowienie ręką. Zjechałam kawał Holandii przez dziesięć wakacyjnych dni i prawie wszędzie trafiałam na opanowanych, przepisowo jeżdżących kierowców. Da się bez brawury, bez nerwów, chociaż korki o 17stej sięgają prawie Rotterdamu od wysokości Amsterdamu, wystaliśmy się sporo. Wystarczyło żebyśmy wybrali się jednego dnia do Belgii a stare europejskie standardy kierowców wróciły. Podobnie w Niemczech - wyścig z czasem trwa. Ta kultura szos ma swoje odzwierciedlenie w innych dziedzinach życia: w Holandii życie codzienne wygląda trochę jak w Ameryce, odwykłam przez pięć polskich lat od życzliwości obcego człowieka spotkanego w sklepie, uśmiechu mijającej mnie matki z dziećmi, pozdrawiania się i zagadywania bez... potrzeby. Zapomniałam, że tak można.    

W Holandii krajobraz co prawda nizinny - a do podkrakowskich wzgórz oko się przyzwyczaiło i tęskni - ale zieleń urzekająca i uporządkowana. Miasteczko Wassenaar, w którym mieszkaliśmy kryło piękne, stare domy tonące wśród zieleni, okolone starymi ceglanymi murami obrośniętymi bluszczem. Dokoła żywopłoty z cisu, ligustru - zadbane, przycięte, doskonałe. Takie moje :) Uporządkowany styl angielski, jeśli można tak to nazwać.

Podoba mi się ten kraj, ma w sobie urok starej Europy i jednocześnie otwartość i nowoczesność współczesnego wieku. Amsterdam trzeba zaliczyć, z różnych "względów", ale mnie do gustu najbardziej przypadły miniaturki Amesterdamu w postaci mniejszych miasteczek typu Gouda, Delft, czy Leiden. Ten sam klimat a mniej ludzi i śmieci w uliczkach. Warto się wybrać także do Kinderdijk, choć niekoniecznie z dziećmi. Plaża w Scheveningen specjalnie nie zachwyca, każda inna na jaką pojechaliśmy była od niej bardziej urokliwa. Rotterdam i Haga to wielkie miasta biznesu, turystycznie nieciekawe, ale były po drodze.

Rowery w Holandii to oddzielny temat - trzeba zobaczyć, żeby uwierzyć jak może wyglądać współczesne miasto [prawie] bez aut. Nie widziałam co prawda matki z czwórką dzieci w przyczepce-skrzynce, ale z dwójką już tak: jedno z przodu, drugie - maleństwo - z tyłu. Kraków zmienia się rowerowo i chwała mu za to. Być może i u nas nadejdą czasy, że z Lidla wracać będę z papierem toaletowym dyndającym po dwóch stronach rowerowej kierownicy :)





































wtorek, 5 maja 2015

Szkoła za pasem


Jakże inaczej wyglądają przygotowania przed pierwszą klasą z trójką dzieci.

Z Kubą wchodziliśmy w pierwszą klasę na żywca. Mały Kuba miał przede wszystkim czas na zabawę w przedszkolu i w domu. Do czytania Go nie ciągnęło, od książek ważniejsze były wyprawy w nieznane z psem, mamą i rodzeństwem. Tak było dobrze, tak moim zdaniem powinno wyglądać wczesne dzieciństwo.   

A jednak w szkole tempo okazało się szybkie. Co prawda we wrześniu 2012 rzeczywiście Kuba nie musiał umieć czytać ani pisać, ale w listopadzie już tak ;) Zaczął się wyścig z czasem, bo polska szkoła to nie przelewki i zaraz się okazało, że trzeba czytać lektury, rozwiązywać pisemne testy z angielskiego a dziecko ledwo to ogarnia. Pierwszą klasę pamiętam głównie z długich popołudniowych godzin spędzonych z Kubą na nauce.

Z trojaczkami takiego tempa sobie nie wyobrażam, zaczęliśmy więc odrabiać "zadania domowe" wcześniej. Czytamy, piszemy, rysujemy, liczymy. W przedszkolu są równie dobrze przygotowywani, więc czytanie i pisanie nie będzie dla Nich taką nowością. Poza tym chęci są przeogromne, nowe tornistry prawie nie znikają z trojaczych plecków, piórniki przygotowane, dzieciaki czekają tylko na START.

Ooooooby do września!
 














Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...