piątek, 16 maja 2014

Wakacje (zaległe)


- Usiądź wreszcie - westchnęła goszcząca u mnie mama, gdy wróciłam w południe z siłowni - tyle masz roboty, odpocznij sobie trochę.

No, rzeczywiście. Tyle mam roboty, że hej. Dzieci cały dzień nie ma, męża cały dzień nie ma, pani do sprzątania jest, obiady wszyscy zjadają poza domem, zleceń nie mam ostatnio dużo. Tak jest, roboty tyle, że nie wiem, w co ręce włożyć...

No, ale od czego są mamy, jeśli nie od nadopiekuńczości. Nawet mamy czterdziestolatek ;)

Kochana Mamo, zalatana jestem, to fakt. Ale nie tak jak myślisz. Nie tak, jak mnie nauczyłaś. Wyobraź sobie, że ostatnio nie robię zbyt wiele. Mam teraz za to czas dla siebie. Grzesznie się lenię. I korzystam z tego pełną piersią, bo wiem, że taki stan nie będzie trwał wiecznie.

Młode pokolenie odwożę do szkoły/do przedszkola na dziewiątą, do dwunastej pocę się na siłowni (15 kg w dół od 7 stycznia, jeżeli mi się udało to każdemu wyjdzie!), robię zakupy, wracam do domu popracować i poczytać. I coś zjeść. Potem jadę albo na lekcje gitary albo gdzieś do ogrodniczego w poszukiwaniu rarytasów do ogrodu, na rower, na zabieg do kosmetyczki, na spacer z psem lub zakuwam teorię do polskiego patentu żeglarskiego. Albo jadę pożeglować na krakowskich Bagrach. Po piętnastej odbieram dzieci, spędzam z nimi czas w ogrodzie, wpadnie jakaś sąsiadka lub koleżanka na lampkę wina, jakieś dodatkowe dzieci z osiedla, wraca mąż, robię kolację, odrabiamy ze starszym lekcje, raz w tygodniu jedziemy na piłkę, raz na dwa jest lekcja robotyki ze studentem AGHu, o dziewiętnastej pingwiny na dwudziestce, mycie, książki i spać. Raz na jakiś czas wyskoczę wieczorem z przyjaciółką do Bagateli albo do Słowackiego. No dobra, muszę jeszcze zrobić jakieś pranie. I odkurzyć raz na dzień.

W weekendy chodzę obecnie na kurs żeglarski. Od rana do siedemnastej mąż zostaje z dzieciakami sam. I z pełną lodówką też.

Mamo, mam wakacje!

Wypracowane, żeby nie było.

Pamiętam, jak w poprzednim życiu, siedząc przy biurku na dziewiątym piętrze wieżowca położonego nad brzegiem Jeziora Michigan w Milwaukee, potrafiłam spoglądać tęskno na niezmierzone przestrzenie i żeglujące jachty za oknem. Marzyłam o tym, żeby się zza tego biurka wyrwać. Uciec od bólu głowy, zdjąć niewygodne buty i obowiązkowy nylon ze stóp, wsiąść na rower albo na łódkę, wyjść na spacer albo przysiąść na ławce w parku i wystawić buzię do słońca. Albo spotkać się przy kawiarnianym stoliczku z książką. Nigdzie nie musieć. Nie spieszyć się. Tak bardzo chciałam być panią swojego czasu i móc dowolnie zaplanować sobie dzień. Kto tak nie marzy?

Od trzeciego roku studiów zaczęłam pracować na kilku etatach i tak zostało do czasu, kiedy trojaczki skończyły rok. Nawet wcześniej miałam zapędy na 'przodowniczkę', bo najpierw rodzice wysłali mnie o rok wcześniej do szkoły, by już dwa lata później dołożyć mi do tego szkołę muzyczną. Mając lat niewiele ponad osiem zaczęłam dojeżdżać popołudniami do szkoły muzycznej I stopnia, oddalonej od mojej wsi 30 km. Pociągiem o 14:20 w jedną stronę, pociągiem o 20:40 w drugą stronę. Sama ;) Ze stacji z buta wieczorem (obok cmentarza, brrrrr) niecałe 2 kilometry. I tak przez sześć lat, trzy razy w tygodniu. Jesień, zima, wiosna. Po liceum, na studiach ciągnęłam najpierw studia dzienne z korepetycjami, pracą w Gazecie Wyborczej oraz Studenckim Radiu Index, a w weekendy dorabiałam w pobliskim warzywniaku. Na piątym roku oprócz korepetycji był to już pełen etat w lokalnej firmie produkującej butelki PET na szumnie brzmiącym stanowisku asystenta ds. marketingu, czyli dziewczyny w miniówie do wszystkiego (nie no, do tych rzeczy to nie!!).

W wieku 25 lat, 3 dni po ślubie, wyjechałam za mężem do Stanów na zaplanowany rok do ukończenia Jego studiów. Tak się nam jednak życie zawodowe potoczyło, że zostaliśmy tam jeszcze przez lat dwanaście. Kolejne studia, równolegle praca na uniwersytecie stanowym jako wykładowca w ramach stypendium naukowego. Znów jakieś radio polonijne po drodze, pozycja z-cy prezesa w uczelnianym związku zawodowym, lubiłam chyba ciągnąć pięć srok za ogon jednocześnie. Po studiach wymarzona praca na pełnym etacie w olbrzymiej firmie z pierwszej setki listy firm Fortune 500, w dziale szkoleń. Tam wsiąknęłam na dobre, przysłowiowo pnąc się po szczeblach kariery do pozycji kierowniczej, jednocześnie na uniwersytecie zaproponowano mi pozostanie na stanowisku wykładowcy kursów e-learningowych i tak ciągnęłam dwa etaty i 70 godzin tygodniowo plus dojazdy 40 km w jedną stronę przez następnych 8 lat.

Kiedy urodził się Kuba pod koniec roku 2005-go, na uniwersytecie trwała akurat zimowa sesja egzaminacyjna, pamiętam, że z kilkunastodniowym, kolkującym już niestety, noworodkiem siedziałam sama w domu przed biurkiem prowadząc klasę online live ze swoimi studentami. Studenci na szczęście okazali się wyrozumiali dla Kubusiowego mocno-brzmiącego, częstego background noise ;) 

Sześć tygodni bezpłatnego urlopu macierzyńskiego gwarantowanego przez państwo amerykańskie przeleciało szybko. Na szczęście firma, dla której pracowałam, jak przystało na jej świetną reputację, oferowała sześć dodatkowych tygodni, w dodatku płatnych 50%. Kapitalizm, proszę pań :) Ale wtedy wydawało mi się to luksusem, że mogę tyyyyle czasu poświęcić dziecku, aż trzy miesiące i tylko jeden etat z domu!

Po powrocie do pracy wczesną wiosną Kubuś poszedł do żłobka, ja wróciłam do swoich etatów. Mieliśmy w pracy pokój laktacyjny, więc przez dwa pierwsze miesiące udawało mi się ściągać pokarm dla syna, tyle że ze względu na mój napięty grafik, Młodego nie widziałam czasami przez 36 godzin a natury nie da się oszukać. Mleko się skończyło, za to u Kuby zdiagnozowano nowotwór na powiece lewego oka, wielkości dojrzałej truskawy. To był zły czas w moim życiu. Potężny strach, niewiedza, przemęczenie, brak oparcia i potworna samotność wśród tłumu ludzi na tym dalekim kontynencie. Chore dziecko, na wpół niewidzące, sześć miesięcy terapii sterydami, wizyty w szpitalach i skutki uboczne w postaci słabego serduszka, opuchlizny i ogromnego, nienaturalnego przyrostu wagi u małego Kuby. Pokłóciłam się wtedy na następnych pięć lat z teściową, prawie rozwiodłam z mężem, przytyłam, osiwiałam i do dziś nie wiem, jakim cudem wyszliśmy z tego razem i cało.

Starania o drugie dziecko nie były łatwe w stresie, w jakim żyliśmy. Kilka ciąż zakończyło się poronieniem, potem już w ogóle przestało się dziać. Pani doktor zasugerowała hormony, aby zwiększyć szanse zajścia w ciążę jak najszybciej (zegar biologiczny tykał), no i tak skutecznie nam zwiększyła te szanse*, że z drugiego dziecka zrobiło się czwarte :)

*[W tym samym czasie zaczęłam także - nareszcie - leczyć niedoczynność tarczycy, która może powodować u kobiet spore problemy z utrzymaniem ciąży we wczesnym stadium. Wspominam o tym tutaj, bo nie każdy ginekolog pamięta, by przebadać poziom hormonów tarczycy u pacjentki, może komuś się ta informacja przyda.]

Ostatnią, intensywną sesję letnią na uniwerku ciągnęłam jeszcze będąc w drugim trymestrze ciąży z trojaczkami, na jesieni zrezygnowałam, wiedząc, że z czwórką maleńkich dzieci prawdopodobnie nie dam rady pracować więcej, niż na jeden etat. Po porodzie trojaczków (urlop znowu na zasadzie 6+6 tygodni) chciałam wrócić i wróciłam do pracy, działało to jako-tako przez pierwszy rok, potem zaczęło się zmieniać.

A może nie "to" zaczęło się zmieniać, tylko ja zaczęłam się zmieniać.

- Rozładuj w końcu tę zmywarkę, ile razy mam cię prosić! Pomóż mi z tym praniem, dlaczego ja zawsze muszę wszystko w domu robić sama? Znowu siedzisz przed komputerem, weź się rusz i poodkurzaj. Trawa nieskoszona, trzeba przykręcić ten zawias bo nam drzwi za chwilę odpadną! - zdarzało mi się wykrzyczeć koło osiemnastej, osiemnastej trzydzieści i pewnie o osiemnastej trzydzieści cztery w kierunku męża za dawnych czasów. Bo związek był partnerski. To znaczy robiliśmy wszyscy i nie robił nikt. Nikomu się nie chciało, lub inaczej: nikt nie miał siły po całym dniu w robocie. Wzajemne pretensje narastały, z żony wyszła zołza, z męża leń, dom (mimo posiadania sprzątaczki) zarastał, czystych majtek szukało się rano w stosie wypranej lecz nieuporządkowanej bielizny zalegającej w koszu od tygodni. 

Pamiętam permanentny ból głowy, potworne zmęczenie, takie długotrwałe, ciągłe, na zasadzie jak się położę na wykładzinie z dzieckiem o osiemnastej to już nie wstanę. Znacie to państwo pracujący, na pewno. Kiedy nie ma siły się nawet odezwać pełnym zdaniem i łatwiej wymruczeć "uhm" i "aemha" byle dzieciak dał spokój. Tak samo padnięty zresztą, jak my, po 10+ godzinach w głośnej placówce.
 
Zmiana we mnie polegała na tym, że dostrzegłam, iż korona mi z głowy nie spadnie, jak mimo zmęczenia to ja odkurzę, to ja zajmę się kolacją i upiekę ciasto na deser. Jak wezmę odpowiedzialność za to, by mój dom był domem ciepłym i... zgodnym. Takim na czwórkę z plusem, nie miernie. O dziwo, kiedy przestałam roszczyć od męża wkładu własnego w prowadzenie domu, okazało się, że on też umie co-nieco zrobić. I nawet Mu się chce ;) Sprawdziła się zasada: oczekujesz zmian, zacznij zmiany od siebie.

Dzieci zaczęły chorować na jesieni 2009 roku. Kuba zapalenie płuc, szpital, trojaczki za chwilę oskrzela. Mój bank "amerykańskich wakacji" (PTO - Personal Time Off) wynosił wtedy 15 dni w roku. To (uwaga): suma dni wolnych w roku kalendarzowym na chorobowe moje, chorobowe dla 4 dzieci, opiekę oraz.... rodzinne wakacje. Rozeszło się to szybko i potem był problem co robić z dzieckiem z 37,8 stopniami gorączki, posyłać do żłobka bo przecież to jeszcze nie tak źle, czy jednak zabrać ostatni dzień "wakacji" i zostać z nim w domu. 

W pracy, mimo awansu, nie byłam już w stanie błyszczeć, bo ani czasu ani chęci, w domu nie byłam w stanie błyszczeć, bo ani czasu ani chęci. Należało coś zmienić, coś wyprostować, na jakimś polu się wykazać. I skupić swoją energię.

Wybrałam dzieci i dom. Zrezygnowałam z etatu.

Moje marzenie zza biurka o byciu panią swojego czasu spełniło się. Mogłam wyjść z dziećmi kiedy chcę, mogłam zaplanować dzień jak chcę, to ja obmyślałam, ja planowałam i ja wprowadzałam plan w życie. W ciągu całego wolnego dnia tyyyle można było zrobić! A jak mi się nic nie chciało to nie robiłam nic (poza minimum przy dzieckach).

Dojrzewałam do tego stopniowo ale naprawdę nie żałuję, że tak późno. Wcześniejsze doświadczenia i osiągnięcia były mi bardzo potrzebne.

Także do tego, aby uwierzyć w siebie, osiągnąć wystarczająco w życiu zawodowym, oszczędzić każdego dodatkowego dolara z drugiego etatu i i zainwestować na przyszłość na amerykańskiej giełdzie, żeby mi nikt nigdy nie mógł zarzucić, że nie zarabiam/łam. Mam też wypracowaną emeryturę (pension) w mojej firmie, oszczędności na 401k (odpowiedniku trzeciego filaru w PL) a to daje pewne zabezpieczenie na przyszłość. I jakieś takie fajne poczucie, że nie jest się zależnym od faceta :)

Resztę już państwo znacie z bloga tego i poprzedniego. Czy mój obecny dom jest na czwórkę z plusem? Oj, tak. Jest. Mimo, że naczynia z kolacji myję dopiero rano, bo zdarza mi się zasypiać razem z dziećmi po dwudziestej, mimo, że od wielkiego dzwonu majtek nadal szukamy w koszu z czystym praniem a klocki lego walają się po całym domu, i to już nie tylko od wielkiego dzwonu ;)

Ale to jest dom spokojny i dopieszczony. Ja jestem spokojna. Mam czas. Żeby się zająć zawiasem, zmywarką, trawą, dziećmi, mężem i domem. Mamy dom, w którym mama piecze chleb (a właściwie bułeczki), gdzie na śniadanie są drożdżowe gofry, dom do którego można zaprosić kolegów o czternastej w południe a jak się nie chce iść do przedszkola to można zostać i składać herosy (jak dziś zrobił Filip). Dom, gdzie jest mama, której praca polega na tym, aby.... zawsze być, kiedy jej potrzeba. Subtelna różnica, bo przecież i bułki można upiec i gofry zrobić jak się pracuje, wiem. Wiem też niestety jak wielkim zmęczeniem i poczuciem niesprawiedliwości jest to u kobiety okupione. Jak sobie teraz pomyślę w okolicach osiemnastej, że teraz, dopiero teraz wróciłabym do zimnego domu z roboty, padnięta, z umęczonymi dziećmi, a w tym domu miałabym zrobić i to, i tamto, walczyć z mężem o każdą wykonaną czynność i jeszcze goście przyjadą na weekend to trzeba zaplanować, zakupy zrobić, pościel zmienić, i chwasty w ogrodzie... źle mi się robi na samą myśl. A przecież byłam tam, znam.

Moją receptą na złoty środek, tak to widzę po latach, jest rozdzielenie dwóch światów na jakiś czas. Najpierw kariera, potem dziecko. Oba na 100%. Albo odwrotnie. Najpierw dzieci a potem praca. Tak jest łatwiej, choć wiem, że nie każda z nas ma możliwość, by dokonać takiego podziału. W tym sensie trojaczki ułatwiły mi wybór, bo najpierw osiągnęłam w pracy co chciałam a potem spadły mi z nieba trojaczki i nagle stałam się super-mamą, która daje radę. Tak mnie widział świat, więc i ja sama zaczęłam siebie tak postrzegać. I już nic nikomu nie musiałam udowadniać.

A teraz mam wakacje. Zaległe.
Tak to widzę. I tak czuję :)


47 komentarzy:

  1. DZIĘKI KARINO ZA TEN WPIS....
    choć u mnie kariera jakby mniejsza.... choć nie mam żadnego zabezpieczenia na starość to reszta jakby ta sama.... od stycznia niemal codziennie rozważam pozostanie wyłącznie na domowy etacie... niestety nie mam opcji, ale bardzo za taką opcją tesknię....
    Pozdrawiam
    KIKA

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. A mogłabyś przejść u siebie na pół etatu? Czy takie wyjście byłoby pomocne? Życzę Wam, aby gorszy czas szybko przeminął i abyś Ty znalazła spokój. Kiedy będziecie nad morzem?

      Usuń
    2. pół etatu nie wchodzi w rachubę. Przyspuszczam, ze miałabym tyle samo pracy, ale o połowę mniej czasu na to no i kasy....
      my jesteśmy pierwsze 2 tygodnie czerwca... korzystamy z ostatniej mozliwość wczasów w czerwcu, bo Miś od września idzie do szkoły...

      Usuń
  2. Piekny i wzruszajacy wpis:) Duzo mi rozjasnil w glowie, bo Wasz historie znalam tylko w 50%. Dziekuje wiec za niego:) Ostatni paragraf swietnie podsumowal te wszystkie dylematy, z ktorymi sie zmagalas i z ktorymi zmaga sie niejedna mama. Fajnie, ze sie udalo, fajnie, ze Wasza rodzina ma takie mozliwosci. Fajnie, ze masz to, o czym podswiadomie od zawsze marzylas i czego chcialas. Na pewno w tej decyzji pomogly trojaczki a takze to, ze wzielas na swoje barki nieslychanie duzo, za duzo dla niejednej kobiety/matki/zony. Niejako sie "wypalilas" i potrzebowalas zmian. Zycze wiec juz na zawsze udanych wakacji, jestem pewna, ze sie uda, dzieci w koncu rosna i beda z czasem coraz mniej absorbujace. Aaaa i gratuluje tych 15-tu kilogramow mniej, to naprawde sporo, musisz wygladac i czuc sie swietnie, utrata wagi zawsze wplywa pozytywnie i daje nam tyle motywacji. Moze pochwalisz sie jakas fotka? Tutaj albo na FB:) Serdecznie pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, Moniko. 15 kg to rzeczywiście dużo ale ja miałam dużo do zrzucenia. Nadal mam, bo to jeszcze nie koniec :) Zdjęcia będą dopiero jak wskaźnik BMI spadnie dużo poniżej 25 :) A tak tak wyrzeźbionej figurze jaką masz Ty, mogę tylko pomarzyć...

      Usuń
  3. Karino, ciekawy wpis i dziękuję za niego. Czasami czytając Was ma się wrażenie, że jesteście wybrańcami losu. Tym wpisem uchylasz rąbek tajemnicy i pokazujesz, że każdy w życiu przechodzi ciężkie chwile i ma czasem "pod górkę". Cieszę się, że przetrwaliście razem te najcięższe chwile i cieszę się, że w końcu masz wakacje na jakie zasłużyłaś :) Masz rację, póki możesz korzystaj z tego pełną piersią :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, że mi o tym powiedziałaś. Ja nigdy nie odbierałam naszego życia jako usłanego różami, choć wiem, że mamy dobrze i łatwiej. Myślę jednak, że to "łatwiej" jest nie tylko dzięki materialnym rzeczom dzięki ciężkiej pracy ale także dzięki temu, co siedzi w głowie. Dzięki wypracowanemu latami poszukiwań i walki...spokojowi i pozytywnemu nastawieniu.
      Mama Tosi napisała wczoraj u siebie tak (a ja się z tym zgadzam w całej rozciągłości): zbyt ciężko pracowałam i pracuję, by być tutaj gdzie jestem. i nie mówię o rzeczach materialnych a tych w głowie.
      tego jak nauczyłam się postrzegać życie, świat. swoje szczęścia jak i nieszczęścia również.
      bo każde z uczuć, zdarzeń jakie nam się przytrafia, można przeżyć na dwa sposoby.
      można szczęście zbagatelizować, uznać za naturalne, przejść obojętnie.
      można nieszczęście do rozmiarów największych rozdmuchać, cały świat poruszyć swoją tragedią.
      a inny.. z dobrej ilości cukru i cytryny w herbacie, zrobi niebagatelne wydarzenie.
      z troski i problemu, taki tam kłopot nieduży.
      i ja z tego swojego nieba na ziemię schodzić nie chcę..
      poprzez stan swojego umysłu jesteśmy w stanie zrobić sobie raj. ciężko się na to pracuje. każdego dnia.
      nie raz się upada. wątpi. brak sił i wiary…
      http://www.szafatosi.pl/nazmartwienieprzyjdzieczas/

      Usuń
    2. A ja dziękuję za Twoją odpowiedź i cytat z szafa tosi. W pełni się z Tobą (i z cytatem) zgadzam, i tu muszę coś sprostować. Pisząc: "Czasami czytając Was ma się wrażenie, że jesteście wybrańcami losu. Tym wpisem uchylasz rąbek tajemnicy i pokazujesz, że każdy w życiu przechodzi ciężkie chwile i ma czasem "pod górkę".”, miałam na myśli (a nie dopisałam) właśnie to, że Wy również przechodzicie ciężkie chwile a jednak potraficie cieszyć się życiem i, tak jak napisałaś, afirmujesz na blogu właśnie te dobre, radosne strony życia. Czytając Twoją odpowiedź i anonimowy komentarz, że nie powinnaś być aż tak szczera, zaczęłam się zastanawiać, czy z kolei mój komentarz nie został źle odczytany. Obawiam się, że ktoś mógł zrozumieć go w ten sposób, że cieszę się z tego, że nikt nie ma życia usłanego różami, albo, że kieruje mną zazdrość. Nie! Ja mam swoje życie, inne niż Wasze, ale też w nim odnajduję smak szczęścia w codzienności :) przy okazji cieszę się też z Waszego :) Uważam jednak, że od czasu do czasu takie szczere wpisy jak Twój są potrzebne – nie po to, żebyś się z czegoś tłumaczyła – one motywuję. Motywują i pokazują, że można „szczęścia nie bagatelizować”, że można „nie rozdmuchiwać nieszczęść”. Właśnie z tego powodu jeszcze raz dziękuję Ci z ten szczery wpis i serdecznie pozdrawiam! :)

      Usuń
  4. Najważniejsze jest to , że po latach tyrania jest możliwośc wakacji. Zawsze myślałam, że jak człowiek wieku średniego
    :-) dosięgnie to właśnie taki wybór bedzie mu dany. Proza życia jednak inna bywa niż nasze wyobrażenia. Dobrze , że u Ciebie działa to tak jak w moich wyobrażeniach :-). Udanych wakacji. A

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, cieszę się, że mam te wakacje. Ale wiem też, że one nie będą trwały wiecznie. Trojaczki pójdą do szkoły za rok, Kuba do czwartek klasy, mi przybędzie obowiązków zawodowych, znowu zaczniemy bardziej gonić. Choć mam nadzieję nie tak bardzo jaki kiedyś... Na razie korzystam :)

      Usuń
  5. To jest piękna i nade wszystko szczera opowieść. Zawsze postrzegałam Was jako szczęśliwców z cudownym życiem, teraz zdałam sobie sprawę, że to co macie dziś nie wzięło się znikąd i że ciężko na to pracowaliście. Trzymaj się:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję, dzięki takim komentarzom tym bardziej cieszę się, że napisałam tę opowieść i otworzyłam się nieco bardziej, niż zwykle. Szkoda, że u Ciebie teraz dołek zawodowy, oby przeminął prędko.

      Usuń
  6. przeczytałam z wielką przyjemnością
    i z łezką w oku
    pięknie opowiedziane
    i prawdziwe

    OdpowiedzUsuń
  7. A co by się stało, gdybyś poszła na dłuższy urlop po urodzeniu 1 dziecka, albo mniejszy wymiar pracy? Jak to wygląda w USA? Nie da się godnie żyć, gdy tylko (chociażby krótki czas, nie wiem, pół roku, rok) pracuje tylko 1 rodzic na w miarę dobrym etacie? Pozdrawiam, Zuzka.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dłuższego urlopu wychowawczego nie ma. Jest króciutki macierzyński i decyzja, wracać czy nie wracać. Z jednej pensji natomiast rzeczywiście można się utrzymać, tak zrobiliśmy kiedy trojaczki skończyły rok.

      Usuń
  8. Ech... wzruszająco szczera jest Twoja opowieść, Droga Karino.

    Też uważam, że rozdzielenie tych dwóch światów na pewnym etapie życia jest najlepszym wyjściem, i dla dzieci, i dla matki, i dla związku. Podziwiam Cię ogromnie, że przetrwałaś tak długo w podwójnej roli. Sama jestem wdzięczna losowi, że mogę sobie na to rozdzielenie pozwolić, choć nie zapracowałam na nie, bo 1. etap, który za Tobą, wciąż przede mną. Ja chcę tego drugiego etapu, po prawie pięciu latach bycia niemal wyłącznie matką i żoną, wiem na pewno, że chcę. (Za jakiś czas. Czy on zechce mnie, ten drugi etap...? To się okaże). Ale trochę mnie ten Twój wpis, mówiąc kolokwialnie, zdołował... Tak już mam, że chcę czegoś, dopóki tego nie muszę, a z Twojej opowieści wynika, że co najmniej powinnam. Czy Ty mówisz, że powinnam, czy ja tak to czytam - to bez znaczenia. Ale owo "powinnam" pojawiło się we mnie dziś i tak mnie trochę... zbiło z tropu. I kiedy w takim razie będę na urlopie...? ;)
    Tak czy inaczej bardzo Ci dziękuję za ten wpis.
    Pozdrawiam serdecznie i gratuluję wypracowanych minus piętnastu!
    P.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czy powinnaś? Nie wiem. Zobaczysz, jak Ci będzie kiedy dzieci podrosną i pójdą do szkoły. Może się okazać, że w rodzinnej firmie przydałaby się trzecia para rąk, a może ciocia Diana akurat wkroczy w okres macierzyński i się wymienicie? :) Nic na siłę, napisałam tak bo mimo wszystko jest obecnie "parcie" żeby kobieta była... nie tylko matką. Więc jeśli już musi robić coś poza tą rolą to moim zdaniem najlepiej nie w tym samym czasie. Tak jak napisałam, mi było potrzebne dowartościowanie na innym polu, ale to ja, z Tobą może być inaczej. Masz małe dzieci i ciesz się tym teraz, a o pracy pomyślisz za kilka lat. Jesteś profesjonalistką w swoim zawodzie, nie daj się zwariować!

      Usuń
    2. Dziękuję! :) Uwielbiam Rafała, ale chyba nie potrafiłabym z nim (dla niego?) pracować, to bardzo wymagający szef i człowiek ;) Nie mówię "nie" zastępstwu, ale na dłuższą metę nie wiem, czy byłoby to wykonalne. Zresztą, jeśli już poczuję ten, hm... "zew" (?) chciałabym mieć coś SWOJEGO. Na pewno wiesz, co mam na myśli :)
      Presja, owszem, jest ogromna, rozmawiałam na ten temat kilka dni temu z dwoma ciężarnymi przyjaciółkami. Kiedy już wydaje mi się, że na pewno mnie nie dopadnie, że uodporniłam się na propagandę pt. "mama wraca do pracy", uderza z największą siłą. Wtedy patrzę w cztery wielkie piękne oczyska, wciskam "mute" i przełączam się w tryb Scarlett O'Hara - "pomyślę o tym jutro" ;)
      Pozdrawiam raz jeszcze!

      Usuń
  9. Dziękuję za to co, napisałaś! :-* Jestem poruszona.

    OdpowiedzUsuń
  10. Codziennie sprawdzałam, czy pojawił się nowy wpis.... Od dawna już czytam regularnie Twojego bloga - jako jedynego, ucząc się własnie takiego prawdziwego, spokojnego macierzyństwa.... Długo, oj długo odsuwałam myśl o macierzyństwie, w końcu jednak pojawiła się Córeczka - i tak jak Ty - C E L E B R U J Ę każdy kolejny dzień ..... Wcześniej nie do pomyślenia w tym moim zabieganym życiu..... Tej celebracji nauczyłam się własnie od Ciebie - i za to ogromnie dziękuję!!!! Piszesz pięknie - ale tak zwyczajnie, a tej zwyczajności w tym nade wszystko oryginalnym świecie brakuje..... Sposób wychowania, spędzania wolnego czasu - jakże mi bliski..... I choć dzisiaj jestem jakoś sfrustrowana, jakoś coraz bardziej popadająca w niezadowolenie z samej siebie - po przeczytaniu Twojego wpisu paradoksalnie jeszcze bardziej siebie nie lubiąca - to ogromnie Ci i za niego dziękuję!!!!! Muszę znaleźć siły, żeby się podnieść i zacząć walczyć o siebie ...... Siedząc w domu czytam jeszcze inne blogi matek - ale jestem coraz bardziej zniesmaczona - modelingiem, stylizacjami dzieci, w między tak zwanym czasie prawieniem "mądrości" jak wychowywać dziecko - a przy okazji wyłapuję tyle błędów, które mnie rażą (ort i int) ..... U Ciebie widać naprawdę wysoki poziom kultury i wykształcenia, przy całkowitym braku nadęcia.... Pozwoliłam sobie na naprawdę duży wpis, choć generalnie nie wypowiadam się nigdy na forach i blogach - Ty jesteś wyjątkiem..... I strasznie Ci "słodzę" ale jest to naprawde bardzo szczere i płynące z potrzeby serca, jakkolwiek patetycznie by to nie brzmiało:-))) Ten ostatni wpis ukazujący z czym musieliście się wcześniej borykać, taki szczery i prawdziwy sprawił, że po raz kolejny nabrałam do Ciebie zaufania i zapragnęłam wyżalić Ci się początkowo na to co mnie gryzie, ale to jest mniej ważne. Chciałabym abyś wiedziała poprzez ten przydługi wpis, że naprawdę tworzysz najlepszego bloga pod słońcem i zawsze będę tutaj wracać :-)))) Pozdrawiam cieplutko!!! Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Przepraszam, że dopiero teraz odpisuję, robię to z doskoku rano po kilkanaście minut, kilka komentarzy. A czas ucieka. Twój komentarz jest dla mnie tak miły, że czuję się najnormalniej... onieśmielona. Bardzo Ci dziękuję, Moniko, za słowa uznania. Nie wiem, czy do końca zasłużone, bo oprócz tej "mądrości" jaką wyczytujesz w blogu popełniam też mnóstwo błędów i mam nadzieję, uczę się na nich. Mam szczerą nadzieję, że czas sfrustrowania przejdzie na dłużej w czas dobrych myśli i pozytywnego myślenia. Dziękuję Ci raz jeszcze i pozdrawiam bardzo serdecznie.

      Usuń
  11. No i gratuluję mniejszej wagi!!!!!! Podziwiam tym bardziej, że ja nie mogę się za to zabrać ..... Monika

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. To jeszcze nie koniec, bo do upragnionej (normalnej) wagi jeszcze trochę brakuje... Było się z czym zmagać u mnie :(

      Usuń
  12. Karina!!!
    Biję głową w parkiet!
    Na klęczkach :)

    ...i chyba się domyślisz,kto mógł to napisać...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Domyślam się :) Pozdrawiam Krynicę :)

      Usuń
    2. chapeau bas (sic!)

      Usuń
  13. popłakałam się! Serio! Podziwiam za odwagę i podejście do życia. My mamy jedno dziecko, oboje pracujemy, znam to zmęczenie i pretensje o wszystko, o zwykłe głupoty na które nie powinno się w ogóle zwracać uwagi. Mieszkamy za granicą i to pewnie też powód, czujemy się tu troszkę "z boku", planujemy wracać do Polski, choć bez planu jeszcze i ze strachem.
    Pozdrawiam serdecznie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Podziwiam!!! Że właśnie dajesz radę, mimo że jest ciężko. Mało się o tym mówi, mało się mówi o tym jak ciężkie jest życie młodych rodzin na emigracji, gdzie oboje rodzice pracują. Bo zostajemy rzuceni jako dorośli w nowe miejsce, bez rodziny, bez pomocy, zdani tylko na siebie, dorabiający się wszystkiego od zera w nowym miejscu. Czasami jest tego za dużo, prawda, bo znikąd pomocy... Trzymajcie się i jeśli chcecie wrócić do Polski, życzę Wam żeby się udało!

      Usuń
  14. I dlatego tak wlasnie Cie lubie I Twoj blog, bo w przeciwienstwie do wielu kobiet, ktore siedza w domu i zajmuja sie nim i dziecmi, Ty na to wszystko zapracowalas na rowni z mezem. Jestes partnerem a nie jak wiele kobiet, ktore nigdy nie pracowaly i z taka latwoscia wydaja nie swoje ale innych zarobione pieniadze.

    OdpowiedzUsuń
  15. Polska to nie jest kraj w ktorym nalezy byc szczerym w tym sensie w jakim Ty jestes w tym wpisie. . Na Twoim miejscu skasowalabym go. Nie masz obowiazku tlumaczenia sie , ze uczciwie zapracowalas sobie na swoje obecne zycie. To Twoja prywatnosc i szczescie, ktorego chyba w Polsce nalezy strzec. Kiedys tez taka bylam, bo wszyscy mysleli, ze nam z mezem to z nieba kapie a ja czulam sie troche winna, ze inni nie maja a my tak. Pracowalam na iles etatow zeby utzymac te poprzeczke wysoko, maz tez. Potem nie chcialam albo nie mialam juz sily na utrzymywanie tempa i przyznalam sie, ze czasem latwo mi nie bylo. Dzisiaj nikt o mnie nic nie wie, nie tlumacze sie z komfortu jaki mam, z wakacji, stylu zycia. Mam szczesliwa rodzine, trojke dzieci, meza, wszystko wypracowane, ale swojej prywatnosci bardzo bardzo strzege. Juz nie przyznaje sie dlaczego i skad i ze mi sie to nalezy. Ja wiem, ze sobie na to zapracowalam a inni niech skupia sie na sobie i swoim zyciu. Czasem podziwiam Cie jak potrafisz szczerze pisac, z drugiej strony Twoj blo to nie tylko Ty ale tez i Twoj maz i dzieci, nie wiem czy moj maz i dzieci bylyby szczesliwe gdybym poruszala tak intymne kwestie w sumie z naszego wspolnego zycia. Pozdrawiam Cie i bardzo mnie inspirujesz, lubie w Tobie to, ze Ci sie chce tyle rzeczy i tworzysz taki spokojny i dobtu dom dla Twojej Rodziny.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Trochę inaczej to widzę. Nie jest to zeznanie majątkowe :) i nie wyjawiam w tym wpisie rodzinnych tajemnic. Opisuję swoją drogę do miejsca, w którym jestem teraz. Nie robiłam tego dotychczas a blogowo piszę już od 7 lat. Jak można wywnioskować z komentarzy, taka szczera historia też jest potrzebna. Ktoś, kto czyta mnie tutaj mógłby odnieść wrażenie, że - jak to ktoś napisał w komentarzu - jesteśmy jakimiś wybrańcami losu i wszystko spada nam z nieba. Może taka historia też będzie refleksją, że każdy z nas - bez względu na to, jak wielkim szczęściarzem się nam wydaje - ma swoją historię, swoje gorsze chwile. I swoje problemy. Ja staram się afirmować życie na blogu: piszę raczej o przyjemnych wydarzeniach, nie skupiam i nie wałkuję chorób, problemów rodzinnych. Ale one są. Co do dzieci to pomyślałam przeczytawszy Twój komentarz, że tym bardzie cieszę się, że uporządkowałam i zapisałam swoją historię tutaj. One znają mnie tylko jako mamę domową. Kiedyś przyjdzie czas, żeby opowiedzieć Im o tym, jak doszłam do momentu kiedy mogłam być mamą i tylko mamą dla nich. Kuba np. ostatnio był zaskoczony, ze mama ma swój... zawód :)
      Bardzo serdecznie dziękuję Ci za ten głos. Nie należę do osób, które chętnie dzielą z nieznajomymi szczegółami własnego życia, tu zrobiłam wyjątek, naszła mnie taka potrzeba kiedy przygotowywałam się do wywiadu w Radiu Kraków i spojrzałam na swojego bloga/życie oczami osoby postronnej i zdałam sobie sprawę, że obraz naszej rodziny jest niepełny, nasze życie to nie tylko podróże, wyjazdy na narty i prywatna szkoła dla dzieci. Stąd ten wpis.

      Usuń
  16. Zdecydowanie zasłużyłaś na te "wakacje". Powodzenia i wszystkiego dobrego :)
    Agnieszka

    OdpowiedzUsuń
  17. Bardzo dziękuję za ten wpis. Przypomniał mi, dlaczego nie tak dawno zdecydowałam się na pozostanie w domu. Nie mam może tak bardzo pracowitej historii jak Ty za sobą, ale swoje się nabiegałam. Większość czasu związanego z pracą przypadło na czas wczesnego dzieciństwa moich dzieci, ale wtedy było mi to potrzebne. Były tak uciążliwe i absorbujące, że do przeżycia potrzebna mi była odskocznia zwana pracą i karierą. A nagle po 15 latach poczułam kompletne wypalenie i potrzebę pozostania w domu. Inny model od Twojego, ale gdybym mogła cofnąć czas, to nie zmieniłabym tego schematu. Moja aktualna sytuacja życiowa wiąże się z dużą wolnością, mniejszymi zarobkami, bo pracuję z domu na własnych warunkach, ale zapewnia mi spokój duszy. A że wcześniej się sporo nabiegałam, to tym bardziej ten stan mi teraz smakuje. Cała moja trójka potomstwa jest zadowolona, choć znajomi nie mogą się nadziwić, że tyle lat nauki i pracy idzie w odstawkę. To nie cała prawda, to co się nauczyłam wykorzystuję w inny sposób. I częściej się uśmiecham.

    Warto pisać o takich sprawach, często człowiek nie zdąży być, ani nie skonsumuje tego co ma, a już go nie ma na tym padole.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dorkas, warto pisać o takich sprawach, też tak myślę. Trend jest taki, że kobiety zachęca się do pozostawania czynnymi na rynku pracy w sposób ciągły, przy tym uwarunkowania społeczne - szczególnie w Polsce w porównaniu np. z USA - obarczają kobietę praktycznie całym wychowaniem dziecka. Oczywiście są wyjątki, ale to wyjątki. Prawda natomiast jest prozaiczna: nie da się, by i wilk był syty i owca cała. Coś musi stać się priorytetem na jakiś czas, coś innego odejść na drugi plan. Nie na zawsze, bo nie o to chodzi, żeby kobiety zapędzić spowrotem do domów i pozbawić praw, jakie sobie wywalczyłyśmy. Ale każda z nas, która zrozumie tę konieczność będzie miała po prostu łatwiej. A jeśli do tego jeszcze przyjmie te chwilowe "wakacje" jako coś wspaniałego a nie przymusowe siedzenie w domu i gnuśnienie, to wygra nie tylko ona ale cała jej rodzina i dzieci przede wszystkim. Pozdrawiam serdecznie.

      Usuń
  18. Dziękuję za ten szczery wpis; jako stała czytelniczka bloga poznałam nieco Waszą codzienność, której fragmentami się tutaj dzielisz - cudowne zdjęcia, świetne, mądre wpisy, wspaniałe wyjazdy i uśmiechnięte twarze :) - cieszę się jednak, że opowiedziałaś też o tych trudniejszych momentach Waszej historii, bo teraz jest ona jeszcze prawdziwsza - przecież każdego spotykają w życiu jakieś problemami. Bardzo się cieszę, że przetrwaliście tamte chwile i jesteście razem tworząc tak wspaniałą, kochającą się rodzinę:)
    Gratuluję nowej wagi i życzę pięknych i udanych wakacji :) oby trwały jak najdłużej!

    Ps.Jako czytelniczka bloga od kilku juz lat, nie ukrywam, że z radością częściej witałabym nowe wpisy na Klęsce Urodzaju, ale w końcu wakacje, to wakacje... więc rozumiem, że czasu na pisanie zbyt dużo nie masz ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję bardzo serdecznie. Sama też chętnie widziałabym częstsze wpisy ale... od komputera mnie ostatnio odrzuca. Jest tyle ciekawych rzeczy do zrobienia/zobaczenia w tzw. realu, że najnormalniej szkoda mi czasu na siedzenie przed komputerem. O ironio, tego czasu przed kompem było więcej, kiedy "siedziałam" w domu z dziećmi. Wtedy była to odskocznia od codzienności, dzieci spały a ja pisałam, uziemiona w domu. Teraz uziemniki wybyły do przedszkola, a ja korzystam :)

      Usuń
  19. trojaczkowa_mamusia23 maja 2014 21:05

    szczerze zazdroszczę... Wszystkiego chyba... Jedyne, co nas łączy, to bycie mamą trojaczków. My niestety nie możemy sobie pozwolić na pracę tylko jednego rodzica... Teraz wygląda to tak, że nasze dzieci są w przedszkolu przyprowadzane jako pierwsze a odbierane jako ostatnie... W ciągu dnia mam dla dzieci jedynie 2-2,5 godziny... Ryczeć się chce z tej bezsilności... :_( A potem życie ucieka i człowiek sie zastanawia gdzie się podziały te wszystkie lata... :(

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Gratuluję trojaczków. W jakim są wieku? Chłopaki, czy dziewczyny? Przypomniał mi się okres, kiedy u nas było identycznie, wierzyłam szczerze, że nie stać nas na to, żeby tylko mąż pracował, dzieciaki odwoziliśmy o 7:15, odbieraliśmy przed 18stą ze żłobka i przedszkola... Życzę Wam, aby wolnego czasu było coraz więcej. Proszę o maila na popiatej@gmail.com, może uda się nam spotkać w trojaczkowym gronie? Gorąco pozdrawiamy całą Rodzinkę :)

      Usuń
  20. Rany, ale się obśmiałem. Idealny świat, czas dla dzieci, czas dla siebie - miliarderów na to stać, no to mnie też. Niestety nie misiaczki - kasa... jak kto bogaty z domu/męża/lotto to super. A jak kto nie bogaty to niech zapierdziela pracować, żeby do 1-szego wyżyć. A tu mamy bloga żonki, która choć pracowała, to ostatnio chyba mężusio ją utrzymuje. Tylko jak mężusio będzie zaradny to drugą taką żonkę sobie nawet utrzyma ;)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Pewnie by i trzy utrzymał. Tylko po co?
      Pozdrawiam. ŻONKA ;)
      Ps. I poszła liczyć do 1-szego...

      Usuń
  21. Zupełny brak zrozumienia u piszącego powyżej, proponuję jeszcze raz przeczytać notkę. Zamiast polskiej zawiści i pudelkowego - zawistnego i anonimowego, oczywiście - komentarza w stylu: obszczekajmy przedsiębiorczych i ściągnijmy ich w polskie bagienko, radzę wychwycić sedno sukcesu tej rodziny - autorka ma głowę na karku, jest uzdolniona, pracowita niczym wół, ciekawa świata i strategicznie planuje przyszłość. Męża też sobie odpowiedzialnego wybrała - dlaczego zatem im zazdrościć, może lepiej uczyć się i podziwiać. A do autorki-czytam sobie ten wpis - jako podobna,choć nie AŻ tak pracowita jednostka - też muzyczna szkoła , i to drugiego stopnia, dobre studia, teraz fajna praca i dzieci grubo po 30-stce, które już tylko są dopełnieniem wypracowanej materialnej stabilizacji. Tylko się cieszyć, że tak to się układa i życzę wszystkim Mamom wiary i wytrwałości, każda rodzina ma trudniejsze momenty, wtedy trzeba razem trudności pokonywać, znaleźć równowagę między sobą i resztą rodziny, niekiedy odpuszczać. W tym wszystkim zgadzam się z K, ściskam, bardzo Wam życzę szczęścia i zawsze buduje mnie czytanie tego bloga. Liliana

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Kochana jesteś za ten komentarz. Dziękuję. Pracowitością można osiągnąć wiele, przede wszystkim - samozadowolenie i dumę z siebie. I jakiś taki spokój... A to chyba najważniejsze, prawda?

      Usuń
  22. bardzo ciekawa notka. gratuluję tak wielkiego wysiłku, tego domowego i zawodowego. Każdy powinien marzyć i do swoich marzeń dążyć.
    serdecznie pozdrawiam
    mama Bliźniąt

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...